BUNTOWSZCZIK

O nie, mój panie, co to,
to nie.

Przej­rza­łem cię, tę żało­sną grę.
Myślisz, że jesteś cwa­ny?

Już raz to zro­bi­łeś.
Czy­ta­łem Porów­na­nie home­ryc­kie.

Fun­du­jesz mi tem­po­ral­ny spa­cer,
poka­zu­jesz te swo­je post­tek­sty,
magicz­ne wyna­laz­ki, cza­ry-mary,
wej­ścia, pasa­że, wyj­ścia,
zaawan­so­wa­ne tech­ni­ki, sal­ta,
migo­czą­ce świa­teł­ka,
cudow­ne świe­tli­ki;
i cze­go ocze­ku­jesz?

Że zmie­nię zda­nie?
Zmięk­nę?
Zde­cy­du­ję się zatrzy­mać bilet?

Co ma mnie poru­szyć?
Ta mysz­ka?
To, nawia­sem mówiąc,
alu­zja do Lwa, tak?

Łazarz?

Fio­dor Michaj­ło­wicz
w dużej mie­rze był mazga­jem.
Sam dobrze o tym wiesz.

Zmar­twych­wsta­ły Raskol­ni­kow,
dobroć księ­cia, mój obłęd –
to fik­cje lite­rac­kie.

Pisa­rze tak wła­śnie usi­łu­ją
oszu­ki­wać samych sie­bie.
I sła­bych na umy­śle.

I komu ja to mówię…

Twar­dą praw­dę wyra­żam ja.
To ja jestem sed­nem.

Advo­ca­tus dia­bo­li.
Byłem nim, jestem nim
i nim wła­śnie na zawsze pozo­sta­nę.

Masz przed sobą auten­tycz­ne­go
Fio­do­ra Michaj­ło­wi­cza.
Bun­towsz­czi­ka.
Kara­ma­zo­wa.

Nie zmięk­czysz kara­ma­zow­skiej duszy.
Niczym.

Więc żebyś się nie ważył.
Nawet się o mnie nie zająk­nij.

Nie pró­buj mnie w to wcią­gać.

Daj­cie mi już wszy­scy
świę­ty spo­kój.

Mie­szaj­cie w mniej inte­li­gent­nych
gło­wach.
Oszu­kuj­cie nie­oświe­co­nych,
ocza­ro­wuj­cie śle­pe dusze.

Jakiś bła­żen­ny
zawsze się znaj­dzie.

Wra­cam do sie­bie.
Wycho­dzę.

Bar­dzo mi było
nie­mi­ło, bardzo.