PALIMPSEST

Wczo­raj przy­szło.
Mailem, na adres
redak­cji.

Od razu ci wysła­łem,
żebyś sam zoba­czył,
prze­czy­tał, oce­nił.

Nie jest tego dużo.
I nie ma w tym
nicze­go nie­zwy­kłe­go.

Tak się wyda­je.

Jesz­cze jeden kolaż,
kolej­ny post­tekst,
typo­wy palimp­sest.

Zgod­ny z koniunk­tu­rą.

Ale to.

Albo to.

To się jak­by skła­da
w coś więk­sze­go,
inne­go, odręb­ne­go.

Zwró­ci­łeś uwa­gę
na te czte­ry utwo­ry?
Jak­by krę­go­słup.
Jak­byś wyczu­wał
pod pal­ca­mi
kości osła­nia­ją­ce
rdzeń.

Can­tus fir­mus.

Kon­tra­punk­ty.
Dupli­ka­cje.

Tu jest wyraź­na cezu­ra.
Prze­si­le­nie.

To śle­pa ulicz­ka.

Ale chy­ba tyl­ko
na pierw­szy rzut oka.

Co więc przed sobą mamy?
Co dosta­li­śmy
w swo­je brud­ne rącz­ki?

Nie wie­rzy­my już
prze­cież
w t a k i e rze­czy?

Chce­my roz­ma­wiać ze
sta­rym?
Dzwo­ni­my?