DESTROYING MADE IN HEAVEN

Kim jesteś, Jeff? Micha­elem Jack­so­nem, Popeye’m
czy Hul­kiem sztu­ki współczesnej?

Powie­dział­bym, że naj­bli­żej mi do Popeye’a,
któ­ry doko­nu­je nie­zwy­kłych czy­nów dzię­ki temu,
co kon­su­mu­je. Ja funk­cjo­nu­ję podob­nie.
On wyko­rzy­stu­je w roli pali­wa szpi­nak,
ja zaś wszyst­kie te poły­skli­we przedmioty.

Balo­ni­ki, tuli­pa­ny, króliki…

Kocham lustrza­ne powierzch­nie. Odbi­ja się w nich
oto­cze­nie, w któ­rym je wysta­wiam. Dzię­ki nie­mu
oży­wa­ją, nabie­ra­ją głę­bi. Wcią­ga­ją widza do arty­stycz­nej
gry. Udo­wad­nia­ją mu, że jest nie­zbęd­ny. Zmie­nia­ją się,
trans­for­mu­ją, gdy tyl­ko obser­wa­tor się poruszy.

Odbior­ca sta­je się współ­twór­cą
two­ich rzeźb.

Tak, jestem zwo­len­ni­kiem teo­rii, zakła­da­ją­cej
czyn­ny udział widza w two­rze­niu sztu­ki.
Moje obiek­ty to jedy­nie bodź­ce, wyzwa­la­ją­ce
pew­ne impul­sy. Sztu­ka rodzi się w tobie,
gdy zaczy­nasz te obiek­ty dopeł­niać swo­ją
obec­no­ścią, obser­wa­cją, swo­imi uczu­cia­mi,
myśla­mi.

Co odróż­nia­ło two­ją twór­czość od tego,
co było popu­lar­ne w sztu­ce lat osiemdziesiątych?

Trud­no powie­dzieć. Powsta­ło wte­dy mnó­stwo
fan­ta­stycz­nych dzieł. Wie­lu arty­stów mia­ło swój
wła­sny styl. Kocham wszyst­kie ich dzie­ła. Moje
rzeź­by zawsze mia­ły mówić o prze­kra­cza­niu
i samo­ak­cep­ta­cji. Pró­bo­wa­łem dzie­lić się z inny­mi
ideą trans­cen­do­wa­nia i akcep­to­wa­nia sie­bie.
Robi­łem to z peł­ną świadomością.

To nie­sa­mo­wi­te, że postrze­gasz to w ten spo­sób.
Zde­cy­do­wa­łeś się jed­nak znisz­czyć dużą część
kolek­cji Made in Heaven. Żału­jesz tego?

Po roz­wo­dzie z Ilo­ną Stel­ler wal­czy­łem
o opie­kę nad naszym synem Ludwi­kiem.
Znisz­czy­łem te pra­ce, ponie­waż czu­łem,
że powi­nie­nem oczy­ścić, chro­nić śro­do­wi­sko
moje­go syna, w któ­rym miał dora­stać.
Znisz­czy­łem… ale… tak, żału­ję tego,
nie­któ­re z tych prac były moimi ulu­bio­ny­mi.
Nama­lo­wa­łem odbyt Ilo­ny, któ­ry pięk­nie
dia­lo­go­wał z Począt­kiem świa­ta Cour­be­ta.

Powie­dział­bym, że Made in Heaven było
pró­bą prze­ka­za­nia idei samo­ak­cep­ta­cji.

Wyko­rzy­sta­łem cia­ło, ponie­waż uwa­żam,
że cia­ło czę­sto jest powo­dem alie­na­cji.

A nie powin­no tak być.

Wie­lu ludzi pra­gnie oglą­dać innych,
a nie potra­fi przyj­rzeć się sobie, nie potra­fi
cie­szyć się sobą, doce­nić tego, kim jest.

Widzia­łem kie­dyś obraz Masac­cia Wygna­nie
z raju
. Adam i Ewa są na nim wypę­dza­ni z ogro­du,
widać, że odczu­wa­ją winę, na ich twa­rzach
malu­je się wstyd.

Made in Heaven mia­ło być odpo­wie­dzią
na Wygna­nie. Chcia­łem pomóc ludziom
pozbyć się poczu­cia winy i wsty­du. Inten­cje
więc były dobre. Bar­dzo dobre. Dla­te­go
żału­ję, że zde­cy­do­wa­łem się znisz­czyć
część mojej kolekcji.

To wspa­nia­le widzieć kogoś, kogo kochasz,
jak sta­je się two­ją inspiracją.

Wiesz, to było coś wię­cej, temat bar­dziej
ogól­ny niż tyl­ko cia­ło, tak, cóż, Ilo­na
nie odczu­wa­ła żad­nej winy, zwią­za­nej
ze swo­im cia­łem, żad­ne­go wsty­du, więc
potra­fi­ła zapre­zen­to­wać to bar­dzo jasno.