MARINA

Sko­ro nikt się nie kwa­pi, nie ma odwa­gi, ja zacznę.
To, co zro­bi­ła, robi Mari­na, jest bez­sprzecz­ne.
Mów­cie, co chce­cie, ale to jest bez­sprzecz­ne.

Nie­źle. Świet­nie. Cel­nie. Per­fek­cyj­ny począ­tek.
Bez­sprzecz­nie. Gra­tu­lu­ję.

Zaczy­na­cie? Nie chcie­li­by­śmy tu szop­ki, nie po to
się spo­tka­li­śmy, zosta­li­śmy zapro­sze­ni,
zacho­wuj­my się, jeste­śmy gość­mi, roz­ma­wiaj­my,
jak ludzie.

Mów­my o środ­kach, celach, nie o oso­bie,
o osią­gnię­ciach, może o kon­tro­wer­sjach, recep­cji,
bo zaraz się pokłó­ci­my, za dużo nas tu,
mów­my o teo­rii sztu­ki, ide­ach, kon­cep­cjach,
żeby jed­nak nie per­so­nal­nie…

Nie per­so­nal­nie? A co robi Mari­na? Eks­plo­atu­je
sie­bie. Jej sztu­ka to ona. Kon­kret­na oso­ba. Któ­ra
uży­wa innych osób, widzów, rodzi­ców, kochan­ków,
stu­den­tów, ci zawsze naj­gor­liw­si, mło­dzi, głu­pi,
dobrze, że nie ma ich dziś z nami, dziś same tęgie gło­wy,
pół wydzia­łu, lek­ko licząc, radź­my, radź­my,
może ura­dzi­my, może dźwi­gnie­my, jak się napnie­my,
jeśli nie zde­cy­du­je­my się mówić kon­kret­nie, może­my
w ogó­le nie zaczy­nać. Dla mnie jesz­cze jeden,
tym razem bez żad­nej domiesz­ki, czy­sty, ale z lodem,
takie­go nazy­wam „Hau­stem dzie­ka­na”; nie­złe, co?
Moje.

Moja teza jest taka. Krót­ko, w dwóch sło­wach.
Atten­tion who­re. To jed­no­cze­śnie moja dia­gno­za.
W jakiejś dyser­ta­cji.. Nota bene…

Tak myśla­łum, i zaczę­ło się, jak zwy­kle będzie z tego
dada, nie wytrzy­mam, pośli­zga­my się chwi­lę
po powierzch­ni, wydo­imy litry, do nicze­go nie doj­dzie­my,
nic a nic nie usta­li­my, mia­ło­bym ocho­tę… Dada, dada…
Podasz kra­ker­sy?

A ja mam jak­by… yyyy, taką małą, malut­ką metau­wa­gę,
żeby­śmy, yyyy, przede wszyst­kim nie kale­czy­li języ­ka,
uprze­dzał, że nagra, że, yyyy, będzie reje­stro­wał, mów­my,
zacho­wu­jąc usta­lo­ne gra­ma­tycz­ne zasa­dy, rozu­miem,
yyyy, że pew­ne oso­by chcia­ły­by być poza regu­ła­mi
lin­gwi­stycz­nej gry, yyyy, ale może na uży­tek tej roz­mo­wy
zre­zy­gnu­ją z osten­ta­cji?

Na tym wła­śnie pole­ga hejt, z któ­rym Mari­na; prze­pra­szam,
zro­bisz mi tro­chę miej­sca, dzię­ku­ję; z któ­rym Mari­na
zma­ga się od same­go począt­ku, od zawsze bory­ka się
z nie­zro­zu­mie­niem, pamię­ta­cie, nie chcia­no jej dać
kości, prze­ry­wa­no wystę­py. Ona wła­śnie chce wykro­czyć
poza regu­ły, poza cia­sne ramy kostycz­nej este­ty­ki. Yyyy!
Zawsze ją podzi­wia­łom. Podzi­wia-ŁOM. To jest pysz­ne.
Co to? Yyyy! Yyyy!

Phi!

Tro­chę jed­nak szko­da, że nie ma tu stu­den­tów,
stu­den­tek, chcę to gło­śno powie­dzieć, niech
świat wie, co wsta­wio­nym dzie­ka­nom cho­dzi po gło­wie,
czy­ich gołych stó­pek pra­gną ich owło­sio­ne kla­ty.

No widzisz? Widzisz. Teraz widzisz…

Ja już chy­ba podzię­ku­ję. Albo nie, jed­nak popro­szę.

Wie­cie, że robi­łem z per­for­man­su habi­li­ta­cję,
pisa­łem mię­dzy inny­mi o Mari­nie, to już kla­sy­ka,
nie lek­ce­wa­żył­bym sło­wa „bez­dy­sku­syj­ne”.

To było sło­wo „bez­sprzecz­ne”.

A, tak, dzię­ku­ję, pani m a g i s t e r.

Pani adiunkt, o, sor­ry, adiunkt-t-t-k-k-ko, wyba­cze­nia
pro­szę; tak, ale odro­bin­kę; mnie się nigdy nie podo­ba­ło,
że Mari­na się obna­ża­ła. I nie, nie z tego powo­du,
o któ­rym wszy­scy teraz myśli­cie, po pro­stu uwa­żam, uh,
sor­ry, że są, powin­ny być, uh, jakieś gra­ni­ce. Ojej.

O, tak, powin­ny być jakieś gra­ni­ce. Nawet nie jakieś.
Kon­kret­ne. Bez­sprzecz­nie. A nawet, powie­dzia­ło­bym,
bez­dy­sku­syj­nie! Yyyy!

Potra­fisz tyl­ko szy­dzić, może powstrzy­ma­łu­byś się,
cho­ciaż dzi­siaj, teraz.

Lubię noże, ogień. Dla­te­go wła­śnie kocham Mari­nę.
Cyc­ki mogła sobie jed­nak zro­bić. Lepiej by wyglą­da­ła.
Zosta­wi­ła­by po sobie faj­niej­sze fot­ki, wzdy­cha­ła­by
na sta­rość, byłam taka mło­da, taka pięk­na,
jędr­na jak ster­czą­ca sut­ka; jak się mówi, „ster­czą­ca
sut­ka” czy „ster­czą­cy sutek”? Bo sta­ram się brzmieć
hiper­po­praw­nie. Inge­ren­cje sek­si­stow­skie. Tak mogła­by
to zaty­tu­ło­wać. To było­by spryt­ne; nie? Popra­wić,
upięk­szyć, powięk­szyć, sko­rzy­stać, a jed­no­cze­śnie
wyszy­dzić. No, ale tak czy siak wyglą­da­ła­by znacz­nie
lepiej, praw­da, panie dzie­ka­nie?

Tyl­ko nie „panie”… Oj, tyl­ko nie „panie”, „panie”
dok­to­rze, „p a n i e” to są w Inter­ne­cie, i to jakie…
„pan” widział kie­dyś na żywo „t a k i e”?

Zacza­dze­nie w gwieź­dzie. To było naj­lep­sze. Albo te
jej bał­kań­skie tań­ce. Zatań­czy­my za chwi­lę?

On nawet powie­dział, do cze­go to wyko­rzy­sta.
Uprze­dził nas, no tak, a my się zgo­dzi­li­śmy,
dla­te­go sądzę, że jed­nak…

Wie­cie co, yyyy…

Yyy­y­y­y­y­y­y­y­y­y­y­y­yy!!!

Tego już za wie­le! Są…, są, jakieś, yyyy,
gra­ni­ce, yyyy. Phi!

To etycz­ne? Że on tego uży­je? Ma się to uka­zać
w jego jakimś Wyj­ściu, tak? Czy w Wej­ściu?
Co to w ogó­le jest?

Cho­le­ra wie.

A ja bym ją zastrze­lił, gdy­bym tam wte­dy był.
Użył­bym tego pisto­le­tu. Sama wyra­zi­ła zgo­dę.
Przy­stę­pu­jąc do kobie­ty, nie zapo­mnij gna­ta.

Moż­li­wa auto­iro­nia.

Czy on nie urzą­dza cze­goś naszym kosz­tem?
Cze­goś w rodza­ju, czy ja wiem, przed­sta­wie­nia?

Teraz nawet bez lodu. Tę wer­sję nazy­wam już
ina­czej. „Kami­ka­dze”, „Boski-wiatr-oba­la­ją­cy-
pana-dzie­ka­na”. A co tam! Niech oba­la, taka jego rola.
Poślij­my po stu­dent­ki! Mam tu dwa nume­ry.
Powie­my, że odsta­wia­my tu serb­ski per­for­mans
a’la Abra­mo­vić. Będzie… g r a – n i c z – n i e!

Zatwier­dzam. Bez­a­pe­la­cyj­nie. Amen.

„Niech weź­mie moje życie a moje sło­wa to nie­wy­sło­wio­ne
To prze­bu­dzo­ne, te usta otwar­te, i ta nadzie­ja, te nowe okrę­ty”.



O Boże. Boże, jakie to pięk­ne.

Co to?



Też Mari­na. Ale inna.

Inna? Inna? Jaka inna?
Ta ruska?



Bez chłop­ców nie będzie, uh, wystar­cza­ją­co
trans­gre­syw­nie, dzwo­nię po jed­ne­go, moje­go…
jest to zdol­ny stu­dent, miły, jest bar­dzo zdol­ny,
panie, ojej, panie… dzie – ka – nie.

Prze­stań. Prze­stań!

Koniec.



Czy mogli­by­śmy zacząć, spró­bo­wać…
raz jesz­cze?



„I drozd krzy­czą­cy we mgle
Moja cór­ko”.

Cwie­ta­je­wa chy­ba.

Nie.

Wystar­czy.

Wycho­dzi­my.