DON’T TRY

Jeśli tak, to po co
w ogó­le piszą?

Pisze się, jeśli pisa­nie
chro­ni przed samo­bój­stwem
albo zapo­bie­ga mor­der­stwu.

Piszesz, bo ina­czej
słoń­ce
mogło­by wypa­lić ci bebe­chy.

W prze­ciw­nym razie mil­czysz.
Cze­kasz.
Doj­rze­wasz, gni­jesz, fer­men­tu­jesz.

Choć­by i dwa­dzie­ścia lat.

Jeśli musisz cze­kać znacz­nie dłu­żej,
nie­wy­obra­żal­nie dłu­go,
pogódź się z tym,
że nie masz nic do powie­dze­nia.
Albo że nie potra­fisz pisać.

A co robią oni?

Wiecz­nie pró­bu­ją,
skoń­czą pod­sta­wów­kę
i już zaczy­na­ją.

Lamen­tu­ją, bia­do­lą.
Zapew­nia­ją.

Że nic nowe­go pod słoń­cem.

Pier­do­lą, co im
śli­na na język przy­nie­sie.

Albo klę­ka­ją przed Sztu­ką,
też coś.

Kogo obcho­dzi, co jedli.
Gdzie byli.
Kogo zacią­gnę­li.
Gdzie rzy­ga­li.
Nad jakim dzie­łem cmo­ka­li
naj­dłu­żej.

Sko­ro uda­ją.
Nadmu­chu­ją się.
Ściem­nia­ją.

Homer był w trud­nej sytu­acji.
Dosto­jew­ski był
w trud­nej sytu­acji.
Bukow­ski.

Eliot.
Ten może nawet
i lewi­to­wał.

A ci? Kokie­tu­ją.
Miz­drzą się.
Piz­drzą.
Dosto­so­wu­ją
tek­stu­ry, bar­wy,
adap­tu­ją do naj­bar­dziej absur­dal­nych
oko­licz­no­ści.

Trze­pią kasę.
Stru­ga­ją, jak
mogą, karier­ki,
słów­ko do słów­ka,
słów­ko do słów­ka.

Wiecz­nie pró­bu­ją.
Żebrzą.

I uda­ją, że jed­nak,
mimo wszyst­ko, coś
zna­czą.

Pisze się tyl­ko wte­dy,
gdy słoń­ce
nie pozo­sta­wia
innej moż­li­wo­ści.

Gdy mówi, 
co cię obcho­dzą inni, 
kla­sycz­ni nudzia­rze, miej gdzieś  
usta­lo­ne kon­wen­cje, 
śmiesz­ne kon­kur­sy, ewen­tu­al­ne pomni­ki, 
wychodź na sce­nę  
i zarycz wresz­cie, roz­pocz­nij, 
dalej pój­dzie samo, 
nie ma dla cie­bie innej dro­gi,  
nigdy nie będzie, 
umrzesz, zabi­jesz, 
jeśli nie wyjdziesz.