IVETT

Gdy tyl­ko cię zoba­czy­łem, natych­miast
zapo­mnia­łem, po co przy­sze­dłem, zamar­łem.

Zauwa­ży­łaś mnie, uśmiech­nę­łaś się,
wyda­jąc komuś resz­tę, tak zna­czą­co, Ivett.

Kupi­łem wodę, chleb albo rybę, kawę,
może sól, nie wiem, sam nie wiem.

Wysze­dłem ze skle­pu, nie mając poję­cia,
za co zapła­ci­łem, co nio­sę, dokąd idę.

Nie mogłem nie zawró­cić, po tylu latach,
zresz­tą, chy­ba… domy­ślasz się, Ivett.

Dłu­go sta­łem pod skle­pem, obser­wo­wa­łem
cię przez szy­bę, nie zauwa­ży­łem nawet, że.

Nigdy bym się nie spo­dzie­wał, że tu, tu wła­śnie,
że kie­dy­kol­wiek jesz­cze, napraw­dę.

Pamię­tasz, jak mnie pro­si­łaś, jak chcia­łaś,
żebym cię nazy­wał, Ivett, ja, tyl­ko ja?

To był nasz sekret, byli­śmy tacy mło­dzi,
naiw­ni, nie­win­ni, spa­ce­ro­wa­li­śmy.

Po tylu latach, na tym przy­ląd­ku, w ogó­le
się nie zmie­ni­łaś, uśmie­chasz się jak daw­niej.

Powiedz, Ivett, czy oprócz mnie ktoś
jesz­cze wie, kim tak napraw­dę jesteś?

Czy kto­kol­wiek wie, ciso­wa gałąz­ko,
że nie jesteś pospo­li­tą kasjer­ką?

Oby nikt tego nie wie­dział, muszę
cię zapy­tać, tak, kie­dyś zapy­tam, Ivett.

Może spo­tka­my się jesz­cze, kie­dyś, gdzieś,
znów przy­pad­kiem, oby nigdy, nigdzie, ale.

Bilet?
Pro­szę.