PEREGRYNACJA

Jeż­dżę.
A wła­ści­wie wożą mnie
po świe­cie.

Ści­ślej rzecz bio­rąc,
wożą to, co po mnie tu zosta­ło.

Wożą zresz­tą nie wszyst­ko.
Kil­ka eks­hu­mo­wa­nych koste­czek,
może kawa­łe­czek jakiejś szat­ki.
Sama nie wiem, nie wni­ka­łam
tak głę­bo­ko.

Po śmier­ci przy­bra­łam dziw­ną postać
wysty­głych reli­kwii.

Część trzy­ma­ją w Kar­me­lu,
część obwo­żą w pozła­ca­nym
skarb­czy­ku.

Byłam małym kwiat­kiem.
Córecz­ką moje­go Kró­la.
Wąt­pią­cą w ist­nie­nie nie­ba duszycz­ką,
pną­cą się w górę wąziut­ką dróż­ką.

Zro­bi­li ze mnie Docto­rem Ecc­le­siae.

Jak wyglą­da
drob­niut­ka dwu­dzie­sto­lat­ka
przy wiel­kim, Nie­mym Wole?

No więc niby jeż­dżę.
Nie zwie­dzam, nicze­go nie oglą­dam,
to jasne.
Reli­kwie są śle­pe.
Nie są mną.
Umac­nia­ją jedy­nie.

Wie­lu dziś jesz­cze
klę­ka na chod­ni­ku, gdy widzi,
że pod­jeż­dża do nich kil­ka zim­nych koste­czek.
I może kawa­łe­czek jakiejś chłod­nej szat­ki.

Gdy­bym tu nadal żyła,
zazdro­ści­ła­bym tym klę­ka­ją­cym
takiej wia­ry.