MIĘDZY

Rhi­zo­me.

Pach­nie imbi­rem i ega­li­ta­ry­zmem.
Inter­ko­nek­tyw­no­ścią bez gra­nic,
nie­ogra­ni­czo­nym prze­pły­wem.

Méta­pho­re puis­san­te.

*

W sam raz dla mnie.

Lubię się włó­czyć, bez­gra­nicz­nie wałę­sać,
nie­ogra­ni­cze­nie prze­pły­wać, tu i tam
węszyć.

Prze­ci­skać mię­dzy szta­che­ta­mi, noga­mi,
poję­cia­mi.

Jestem kotem.

Pierw­szym kotem w głę­bo­kim kosmo­sie
(Zuzan­ny nie liczę, a Féli­cet­te
nawet nie weszła na orbi­tę).

Gdy­bym nie leciał teraz w wami
do kon­kret­ne­go celu,
chciał­bym, byśmy wszy­scy lecie­li wszę­dzie,
wszę­dziej, naj­wszę­dziej.

Naj­jed­no­cze­śniej, naj­wie­lo­znacz­niej, naj­nie­za­leż­niej.

Rhi­zo­me.
Méta­pho­re puis­san­te.

*

Ale zejdź­my na zie­mię.
Bo zapach­nia­ło mi tu Sawe­rem i Fin­nem.

Pamię­ta­cie?

Uciek­nij­my z czar­no­skó­rym Jimem
z mia­stecz­ka,
zrób­my sobie z oko­lic St. Peters­bur­ga
nasze wła­sne, małe, nie­pod­le­głe pla­te­au.

Zawład­nij­my chłod­ny­mi jaski­nia­mi,
wszyst­ki­mi pożyw­ny­mi źdźbła­mi,
łąka­mi, drze­wa­mi, liść­mi, kamy­ka­mi,
spo­łecz­nym mar­gi­ne­sem,
całą nie­uchwyt­ną, wiją­cą się Mis­si­si­pi.

Połóż­my się nad brze­giem rze­ki,
pomarz­my o niczym, zapal­my faj­ki,
uda­waj­my, że nie żyje­my,
może wró­ci­my, może zechce­my.

Poszu­kuj­my wol­no­ści.

Oso­bi­stej, spo­łecz­nej, fizycz­nej,
men­tal­nej, każ­dej.

Chło­pię­cej.

Albo nie.
Nie żyje­my prze­cież w jakimś celu.
Nie ruszaj­my się z miej­sca.
Niech wol­ność znaj­dzie nas.
Niech ona sama nas szu­ka.

Znaj­dzie w koń­cu, znaj­dzie.
I da się skosz­to­wać.

A wte­dy, o, wte­dy zazna­my
naj­swo­bod­niej­szej
mło­dzień­czej swo­bo­dy,
jej niczym nie­ogra­ni­czo­nej mocy.

*

Czy wystar­czy nam jed­no takie pla­te­au?
Nie, musi­my mieć ich tysiąc, co mówię,
tysią­ce.

Dużo, dużo przy­go­do­wych pła­sko­wy­ży.
Wię­cej jesz­cze niż naj­wię­cej.

Mil­le Pla­te­aux.
Méta­pho­re puis­san­te.

*

Dobrze, że mam sen­ty­ment
do Twa­ina.
A wła­ści­wie do Tom­ka i Huc­ka,
bo pisa­rza nie zno­szę.

Że miłe mi są korzen­ne wonie.

I że jestem kotem.

*

Kot idzie teraz podrze­mać.
Albo swo­bod­nie podu­mać.
Albo poga­pić się w ilu­mi­na­tor.
Albo naostrzyć pazu­ry.
Albo pograć w głu­pie­go Turin­ga
z miłym HAL-em.

Kot jesz­cze nie wie.
Ale zaraz się dowie.

Dotrze do celu
bez­błęd­nie jak zawsze.

Nie będzie prze­cież mean­dro­wał,
klu­czył w kłą­czu moż­li­wo­ści wiecz­nie.

Nie jest już
kotem-chłop­cem.

Jest kocu­rem.