PRECZ

Nie jest dla wszyst­kich.

Było­by ide­al­nie,
gdy­by w ogó­le
nie było,
nie ist­nia­ło.
Ani tu, ani nigdzie indziej.

Trud­no je wyma­wiać, pisać.

Jest tak rady­kal­ne, tak nie­ludz­kie.
Bez­pow­rot­ne.

Ale ono musi być, ist­nieć.

Nawet, gdy­by samo
zane­go­wa­ło
swo­ją wła­sną egzy­sten­cję.

*

Jest jed­nak zare­zer­wo­wa­ne.
Skraj­nie limi­to­wa­ne.
Uwa­run­ko­wa­ne.
Ogra­ni­czo­ne.

Strze­żo­ne przez dru­ty kol­cza­ste,
czuj­ne kara­bi­ny
na obo­zo­wych wie­życz­kach.

Prze­zna­czo­ne
dla krań­co­wo nie­licz­nych.

Wybrań­ców, wybra­nych przez samych sie­bie.
Ale nie na świad­ków.
Na samych mesja­szy.
Tych,
któ­rzy chcą, dopusz­cza­ją się,
ważą.

Prze­ci­nać z uśmie­chem naj­święt­szą linię.

Naj­cu­dow­niej­szą, drżą­cą na wie­trze,
tań­czą­cą na tle sło­necz­nej tar­czy
paję­czą nit­kę.

Na samym jej począt­ku,
na samym jej koń­cu,
w samym jej środ­ku.

*

Tyl­ko
dok­to­rom spro­fa­no­wa­nej śmier­ci,
któ­rzy z sakral­ne­go bólu uczy­ni­li cyrk,
eks­pe­ry­ment,
kuglar­ską sztucz­kę
i kar­mią nie­świa­do­mych, chwiej­nych
słod­kim cyjan­kiem.

Osza­la­łym chi­rur­gom,
wywi­ja­ją­cym lan­ce­ta­mi
na pra­wo i lewo.

Bio­ety­kom
pysz­nią­cym się sobą.
Jedy­nie sobą.

Ludz­kim demo­nom,
noszą­cym upior­ną maskę Men­ge­le­go.

Tyl­ko im mówię.
Pro­sto w oczy.
Wprost.

Odstąp­cie.

PRECZ.