NIGDZIE
Wystarczyło kilkunastu Kolumbów,
dwóch, trzech Amundsenów na dokładkę,
kilkadziesiąt satelitów obserwacyjnych, detektorów
tajemnic, magicznych wariografów przestrzeni,
mała fiolka serum dociekliwości, kropla
determinacji.
I Mater Terra została załatwiona.
Pod badawczą presją,
na łożu geograficznych tortur,
złożyła wyczerpujące zeznania,
złamana, wskazała miejsca,
gdzie dotychczas jeszcze się ukrywała,
ujawniła ciekawe obszary, nieznane kształty,
niespenetrowane skrytki,
sekretne tereny, precyzyjnie opisała
wszystkie interesujące nas
zarysy i linie,
wsypała sama siebie.
Perfekcyjnie zmapowana,
pochwycona w gęstą sieć trzystu sześćdziesięciu
południków, stu osiemdziesięciu równoleżników,
dwóch biegunów,
nie posłuży już do żadnego wielkiego odkrycia.
Wyjawiła, co miała do wyjawienia
i stała się kognitywnie nudna.
Teraz pozostała już tylko jedna,
związana z nią kwestia.
Jak się jej pozbyć,
skoro wszystko już wyśpiewała?
Bo właściwie to
po co nam ona?
Jest tak mała, nieciekawa, tak żenująco pospolita,
że pomieszkuje kątem w najpodlejszych smartfonach.
Straciła status Incognita.
Królewskie insygnia.
Szacunek.
Czy w kimkolwiek budzi jeszcze
jakikolwiek respekt?
*
Zmruż oczy, przechyl głowę,
stań na rękach, może bokiem,
połóż się odwrotnie, zmień kąt, perspektywę,
a odepchnie cię własna matka,
własna matka stanie ci się obca,
jakby nie z tego świata.
Podczas przesłuchań Terra
nie wyśpiewała wszystkiego.
Terra nie mogła, bo Terra
nie została o wszystko zapytana.
Jest dzika, dziewicza, niezbadana, ludzką ręką
stopą, siatkówką, żadnym pomiarowym przyrządem
nietknięta.
Całe to: „wszędzie już byliśmy, wszędzie
dotarliśmy, wszystko widzieliśmy,
wymazaliśmy wszelkie białe plamy” –
nie znajduje potwierdzenia
w mojej własnej, badawczej, podróżniczej praktyce.
Bo gdzie nie spojrzę dziwnie, nie wiedzę nic
innego niż „nigdzie”.
Wszędzie widzę „nigdzie”.
Nieznane.
Nieodkryte.
Tajemniczo uśmiechnięte.
Gotowe na pionierskie eksploracje.
Zachęcająco przygodowe.