PEWNIE

Zawsze robi­ła na mnie wra­że­nie
twór­cza śmia­łość Rim­bau­da.

Pew­ność sie­bie poety.

Być kimś innym, nie-sobą, anty-sobą.

Pew­nie, pew­niej, naj­pew­niej.
Jesz­cze pew­niej niż naj­pew­niej.

Super‑, ultra‑, hiper‑, arcy‑, nad-
pew­nie.

Zna­leźć się w pie­kle!

Zaznać wszyst­kich moż­li­wych
halu­cy­na­cji,
infer­nal­nych ilu­mi­na­cji!

Zawład­nąć sezo­nem.
Wszyst­ki­mi sezo­na­mi.
Wie­ka­mi, eona­mi.

Wymy­ślić nowe kwia­ty, nowe gwiaz­dy,
nowe cia­ła, nowe języ­ki.

Uznać się za maga, za anio­ła.
Uwol­nić od wszel­kiej moral­no­ści.

I – żad­nych kan­ty­czek.

Utrzy­mać zdo­by­ty teren.

*

Ale jesz­cze więk­sze wra­że­nie
nie­odmien­nie robi na mnie
filo­zo­ficz­na śmia­łość Nie­tz­sche­go.

Nie ist­nie­je przed­ro­stek,
któ­rym moż­na by poprze­dzić
nie­tz­sche­ań­ską pew­ność sie­bie.

Jest to pew­ność,
któ­re elek­try­zu­je, para­li­żu­je,
odrę­twia myśle­nie.

Tego rodza­ju pew­ność jest
poza każ­dym przed­rost­kiem,
poza dobrym i złym epitetem.

Trze­ba mieć odwa­gę do rze­czy zaka­za­nych.
Prze­zna­cze­nie do labi­ryn­tu.
Doświad­cze­nie nie­skoń­czo­nej samot­no­ści.
Nowy słuch dla nowej muzy­ki.
Nowe oczy, by widzieć to, co naj­bar­dziej odle­głe.
Nowe sumie­nie.
Głę­bo­ki sza­cu­nek dla same­go sie­bie.
Miłość wła­sną.
Nie­ogra­ni­czo­ne poczu­cie wła­snej wol­no­ści.

I – wolę do eko­no­mii wiel­kie­go sty­lu.
Utrzy­mać razem jego siłę i zachwyt.

A co z resz­tą?
Resz­ta jest tyl­ko ludz­ko­ścią.

Trze­ba być ponad ludz­ko­ścią.
Przez swo­ją siłę.
Przez wznio­słość duszy.
Przez pogar­dę.

Co jest bar­dziej szko­dli­we niż wystę­pek?
Litość.
Wobec wszyst­kich nie­udacz­ni­ków i sła­bych.

Sła­bi i nie­udacz­ni­cy
powin­ni poże­gnać się z życiem.
Powin­no się im w tym dopomóc.

*

Rim­baud. Nie­tz­sche.

Cóż to za poezja, filo­zo­fia!
Ta meta­fo­ry­ka, ten styl!
Reto­ry­ka!

Per­for­ma­tyw­na
sztu­ka cywi­li­za­cyj­nych rubie­ży.

Boskie, boskie obra­zy.
Nad­ludz­ka śmia­łość ima­gi­na­cji, myśli.
Sło­wa.

Języ­ko­wy trans.
Cza­ro­dziej­skie zakli­na­nie.
Tana­tycz­na sym­bo­li­ka, demo­nicz­ne inkan­ta­cje.
Otchłan­ne, wiesz­cze wycie.

Wskrze­sza­nie umar­łych bogów,
quasi-modli­twy, sata­ni­stycz­ne rytu­ały,
bez­czesz­cze­nie ognia, powie­trza,
zie­mi, wody.

Kuszą­ce poca­łun­ki nico­ści.
Bia­łe ramio­na wła­snej, cudzej śmier­ci.

Klą­twy, nekro­pi­ru­ety, bez­li­to­sne cio­sy.
Znie­wa­la­ją­ce strza­ły.
Nie­prze­bra­ne bogac­two for­muł, tech­nik,
amu­ni­cji.

Pre-dekon­struk­cja.

Zło­to o pró­bie spo­za kara­to­wej ska­li.
Naj­tward­sze, wszyst­kot­ną­ce dia­men­ty.

Obsy­dia­no­we ostrza do cię­cia
oddy­cha­ją­ce­go jesz­cze mię­sa,
jesz­cze żywe­go czło­wie­ka.

Narzę­dzia do kształ­to­wa­nia Hiperborejczyka.

Prze­kształ­cić sie­bie, inne­go.
Skon­stru­ować Kogoś Inne­go.
Obce­go.
Nie­ludz­kie­go Przy­by­sza.

Je est un autre.
Wir sind Hyperboreer.

*

Prze­klę­ty poeta i prze­kli­na­ją­cy filo­zof
ofia­ro­wa­li nam zaklę­ty, nie­wi­dzial­ny,
słod­ko śpie­wa­ją­cy klucz.

Pasz­port do inte­lek­tu­al­ne­go raju,
do cudow­ne­go, wyzwa­la­ją­ce­go nie­by­tu.

Wehi­kuł moral­nej nir­wa­ny.

*

To klucz dla niko­go.
To zna­czy dla wszyst­kich.

Jest powszech­nie dostęp­ny.
Leży na uli­cy.

Tyl­ko się schy­lić.
Zgiąć kark.
Ple­cy.
Skło­nić.

Uklęk­nąć.

Odrzu­cić to,
co się dotych­czas nio­sło.

I pod­nieść, wziąć.
Coś nowe­go.

*

Ten syre­ni klucz
czy­ni
domo­ro­słym Hiper­bo­rej­czy­kiem,
samo­rod­nym tyta­nem woli,
samo­zwań­czym sza­fa­rzem mocy.

Arty­stą nad arty­sta­mi.

Poetą, któ­ry pisze krwią Sza­ta­na.
Myśli­cie­lem, któ­ry filo­zo­fu­je mło­tem Tho­ra.

Nad­czło­wie­kiem z trze­cim uchem.
Bogiem ze zwie­rzę­cym łbem.

Upior­nym cie­niem,
przy­by­łym z Mor­do­ru Nazgu­lem.

Nio­są­cym śmierć
Czer­wo­nym Baro­nem.

Nie­bie­sko­okim obcym, zachwy­ca­ją­co pięk­nym
przy­by­szem,
celu­ją­cym do brze­mien­nej kobie­ty,
do gar­ba­te­go kale­ki bez nogi, do kar­ła,
do śli­nią­ce­go się idio­ty,
do roz­wrzesz­cza­ne­go dziec­ka,
do nie­este­tycz­nie kona­ją­ce­go star­ca,
do każ­de­go, gor­sze­go od sie­bie
ludz­kie­go śmie­cia, głu­pie­go,
sku­lo­ne­go ze stra­chu nie­udacz­ni­ka.

*

I ty
możesz użyć tego
słod­ko śpie­wa­ją­ce­go klu­cza.

I ty
możesz być.

Anty­czło­wie­kiem.
Kimś sto­ją­cym pew­nie.
Kimś sto­ją­cym wyżej.

Na grun­cie pohań­bio­ne­go cia­ła.
W Babim Jarze.
W Minas Mor­gul.
Na strze­lec­kim sta­no­wi­sku.

Wszę­dzie,
gdzie tyl­ko zechcesz.

I ty
możesz nie być.