NAD
Był kulą.
Karabinową, armatnią, ziemską,
ludzką, wszechludzką, arcyludzką,
wiekuistą.
Poświęconą.
Zagadnieniom,
ludziom.
Błogosławioną.
Nawet przez wrogów.
Posłaną.
Pędził po ortodoksyjnie nakreślonej trajektorii,
trafiał bezbłędnie, uderzał, burzył, wirował,
obracał się, uśmiechał,
kurtuazyjnie
ustępował miejsca trzem paniom naraz.
Mistrz Chesterton.
Uskrzydlony płaszczem Inverness.
Posłaniec wagi ciężkiej.
*
Spędziłem nad nim wiele dni.
Wiele nocy.
Skoncentrowany, zredukowany,
rozbrajany, uzbrajany,
zachłystywałem się paradoksami,
czytałem z drżeniem,
siedząc na skraju,
ze ściśniętym gardłem.
I żałuję jednego.
Tylko jednego.
Że nie spędziłem tych dni i nocy
nie „nad”, ale „przy”.
Przy nim samym.
Albo chociaż przy tych,
którzy dostąpili zaszczytu
poznania go, doświadczyli
jego posłanniczej obecności.
Przy wszystkich heretykach,
którzy płakali
po jego śmierci.
Których
trafiał boleśnie i rozgramiał doszczętnie.
Nie celując w ich piersi, głowy.
Mierząc do granych przez nich
ról –
ambitnych i głupiutkich nosicieli
pożałowania godnych idei.
Bo nawet heretycy
byli w jego oczach
najniezwyklejszymi,
najcudowniejszymi
istotami pod słońcem.
Rubinami w Koronie.