WTEDY
Jeśli czujesz się zaszczuty,
prześladowany, niesłusznie oskarżony,
jeśli nie widzisz już żadnej nadziei,
bo nie masz nawet gdzie skłonić głowy –
skieruj się ku południowo-wschodnim
rubieżom.
Ku wsi oznaczonej
opalizującymi, kamiennymi markami,
wystającymi z czarnej ziemi
żelaznymi gwiazdami,
wrytymi głęboko
w żyzną, graniczną glebę.
Może to miejsce
okaże ci współczucie.
Może ono jedno jeszcze
do ciebie przemówi,
nakarmi dniem,
zaoferuje nocleg.
Krańcowo zaakceptuje.
Bez względu na konsekwencje.
*
Skłoń tam głowę przed panem Józefem,
czterdziestoczteroletnim ojcem,
rolnikiem, sadownikiem, pszczelarzem,
amatorem fotografii,
miłośnikiem literatury.
Przed jego żoną Wiktorią,
trzydziestodwuletnią matką,
gospodynią domową, wychowawczynią,
noszącą w łonie nienarodzone,
siedmiomiesięczne dziecię.
Przed gadatliwą, przedszkolną gromadką.
Siedmioletnią Stanisławą.
Sześcioletnią Barbarą.
Pięcioletnim Władysławem.
Trzyletnią Franciszką.
Dwuletnim Antonim.
Półtoraroczną Marią.
Pokłoń się stojącym w cieniu
ośmiorgu podludziom.
Szallom i Goldmanom.
Ryfce – zwierzęciu z leśnej kryjówki.
Jej dwóm zwierzęcym córkom.
Jej zwierzęcej wnuczce.
Powiedz, z czym przyszedłeś,
czego potrzebujesz, kim
tak naprawdę
jesteś.
*
Jeśli nie otrzymasz pomocy
od tych pomordowanych,
od tej wszechludzkiej rodziny,
możesz na sobie postawić krzyżyk.
Poczuć się nikim.
Bezpowrotnie odrzuconym,
skrajnie osamotnionym,
ostatecznie potępionym.
Wtedy.
Dopiero wtedy oddal się w ciszy.
Odejdź donikąd.
Całkowicie oddaj rozpaczy.
Zanurz na zawsze w bezbrzeżnej depresji.