NIECO
Słyszałem, że nie żyję,
ponoć umarłem, obiło mi się o uszy,
że jestem trupem.
Właściwie to nigdy nie istniałem.
Niby jestem niczym.
Nawet nie obłąkanym Nietzschem,
roztkliwiającym się nad katowanym koniem.
Ale właśnie niczym.
Jakimś jedynie przepływem.
Miejscem skupiania i rozpraszania,
chwilowej koncentracji,
meandrowania, krążenia
dialogującego z samym sobą i
o niczym szczególnym
języka.
A prawda jest nieobecna, bo tak zwana.
Pozwólcie, że się z tego pośmieję,
co więcej, ja to bezlitośnie obśmieję,
ja, autor, się nad tym może nawet
nieco, ale krótko, bo
nie kopie się już leżącego,
popastwię.
Nie mówcie mi, że ten lingwistyczny koncept
wymaga najgłębszego z możliwych namysłu.
I czci.
Nie rzucajcie mnie przed nim na kolana.
Ten koncept wymaga ode mnie
co najwyżej uwagi.
A już na pewno odwagi.
Odwagi dystansu, ominięcia.
Bo implikacje tego wiekopomnego odkrycia
mogą mnie załaskotać na śmierć i rzeczywiście
doprowadzić do zgonu, lecz w drgawkach
niekontrolowanego rechotu.
Idea mojej śmierci jest
ciekawa, nawet dobra.
Ale tylko dobra sobie.
Może zrobić nieźle komuś kognitywnie słabującemu.
Nie mnie.
Ja, jakoby umarły, jakoby podmiot, wiem,
co o niej myśleć.
Wstaję, przeciągam się,
beztrosko pogwizduję.
I teraz,
teraz właśnie eksploduję.
Autonomicznym,
integralnym,
prawdziwym
śmiechem.
Którym śmiać się umiem.
Bo nie jestem bezmózgim przedmiotem.