OD
Opuszczamy wielki dół Arizony.
Zajmujemy miejsca w kokpicie.
W nawigacyjnym kokonie, przeznaczonym
dla kosmicznych asów,
zarezerwowanym dla Baderów wszechświata,
najśmielszych, niedoskonałych,
próżniowych pilotów.
Zapinamy pasy.
Odpalamy silniki.
Odlatujemy.
Oddalamy się od Ziemi.
Gdy tylko wyrwiemy się z jej dusznej,
przyziemnej atmosfery,
z zasięgu jej zniewalająco-przytłaczającej grawitacji,
zaczniemy.
Myszkowanie po pokładzie.
Podziwianie.
Nawigowanie na poważnie.
Sprawdzimy, co jeszcze,
oprócz kamiennej Gargantui i malutkiej Zuzanny,
ze sobą zabraliśmy.
Co kryją przepastne ładownie.
Co jest poniżej, na podpokładzie.
Kto tam tak dziwnie, nienaturalnie,
nieludzko wyje.
Zobaczymy supernowe.
Zachłyśniemy się niejedną pawiooką mgławicą.
Usiądziemy, pomyślimy, pomedytujemy.
Pobawimy się z HAL-em,
podrażnimy z kotem.
Udzielimy wywiadu.
Skrytykujemy przelatujące nieopodal ciała niebieskie.
Powalczymy z Czerwonym Baronem.
Będziemy oddychać przyprawowym
powietrzem.
Spotkamy się z Rabbim.
Doświadczymy hiperwentylacji,
palpitacji,
iluminacji.
Będziemy nawet udawać zwierzę.
*
Wybieramy się w podróż –
ku najdalszym brzegom liryki,
ku granicom introspekcji.
Miejmy nadzieję,
że szczęśliwie dolecimy
do wyznaczonego celu.
Że nie postanowimy zawrócić.
Albo w trakcie lotu wyskoczyć.
Że nic nam nie przeszkodzi
w lądowaniu.
Tak czy inaczej – będzie ciekawie.
Naprawdę ciekawie.
W końcu to Przejęcie.