ISTOTNIE
Kota to poważam,
wielbię.
I go pochwalę, wysławię,
zacelebruję,
nawet stworzę, ale nie oswoję,
ten wam się zawsze jakoś wymknie,
umiem to kapryszę,
mogę.
Szanuję tego,
tamtego, jednego, drugiego,
wszystkie,
niewiniątka, bestie bliźniacze,
bardzo, więcej
niż wielce.
Jak one anektują czasoprzestrzeń,
tak ja połykam je.
Ogarniam, nie
ograniczam, nie pytam,
gdzie i po co,
pod co,
na co,
w co,
chcą, to idą,
zgodnie z kocią wolą,
najwidoczniej, najskryciej,
najoczywiściej muszą, instynktownie,
sprytnie.
Unurzana po uszy w magii,
kocia psyche wojażuje
w sakralnej aureoli,
w mitycznej aurze,
po wijących się ścieżkach okoliczności,
tu
i tam,
wszędzie, gdzie
może, nawet, szczególnie we śnie,
a najchętniej tam, gdzie
nie wolno, słyszysz, mówię,
że nie,
pod żadnym pozorem,
tam właśnie
wciśnie się, wlezie,
zapakuje
i
– zawładnąwszy pudłem, wiadrem,
wazonem, słojem –
znieruchomieje,
przecież musiała, koniecznie,
ale
tylko na chwilę.
Przeleżeć z nimi pół
wieczności, zapolować
na pająka, muchę,
inne monstrum owadzie,
paść
ponownie,
spędzić
tak resztę, resztkę,
tego właśnie chcę,
pragnę,
to
tu sławię.
Chwalę wszystkich siewców sierści.
Czułość, płochliwość, waleczność,
pazury zabiedzonych kocurów, kaprysy wibrysów,
niestałe
oczy, leniwe losy, ruchliwe rzęsy,
miękkości upasionych kociczek.
Eh.
I co tu dużo,
o czym by wam jeszcze, można
by wprawdzie więcej i więcej,
nieskończenie, wiecznie,
ale.
Niepodległość ich,
niezależność,
niepospolitość.
Zalotną mglistość,
aluzyjną miłość.
Właściwości te najbardziej
sławię, istotnie.
Mojej ocalonej Zuzanny,
moje,
nasze kocie.
Tak właśnie,
tak
ważne,
własne.