WYJŚCIE
Tragic Vodka
Game Over
Wushu
Ex
BWV 988
Chanson de geste
Ateleia
Rekord
Nails
Palimpsest
Tata
Dobrostan
Kaspar
Influence
Kane
15%
CEO
Allāhu akbar
Alarm
Homilia
Fuzja
Blender
Chill
FLAC
Don’t Try
Skok
Ivett
Exodus
Kronos
Marina
Patrol
Diagnoza
Destroying Made in Heaven
Patchwork
Buntowszczik
Quapaq hucha
Nasłuch
Spektrum
Escape Room
Apokryf
Odźwierny
Aspekty
Wojtek
Dedalus
Splot
Flow
Airbus
Katakumby
Montaż
Tour de force
Plany
49
Ex libris
Sgraffito
Truck
Black and White
Stream
Peregrynacja
Cul-de-sac
Powrót
BWV 988
Tobie nikt nie jest potrzebny,
ani ja, ani dzieci, ani koledzy,
nigdy niczego wspólnie nie robimy.
Słyszałem to już tyle razy, ona
zaczyna zawsze sarabandą,
rzewną arią, jakby nuciła w zadumie,
kładzie harmoniczne fundamenty
dla histerycznych wariacji,
pół godziny z głowy; albo trzy.
Odciąłeś się od wszystkiego,
a człowiek nie jest,
nie może być, samotną wyspą.
Nie trawię Chopina i Rachmaninowa,
kocham głębię matematyki Bacha, analityczne
szaleństwo Goulda, już od dawna
właściwie nie przestaję o nich myśleć,
to dziwne, ale wydaje mi się,
że myślę o jednej i tej samej osobie.
Żebyś chociaż mi pomagał,
ale ty niczego nie przyrządzisz,
nie przyniesiesz, nie uporządkujesz.
Jan Sebastian, zwierzę Apollina i Jezusa,
z płótna Haussmanna spogląda na mnie
wolim wzrokiem robol w kieracie,
przepracowany kantor, majster
od piszczałek, sztywny nauczyciel,
kulawiec, rozpłodowy ojciec.
Jesteś zainteresowany sobą
i tylko sobą, swoją własną osobą,
tymi twoimi bezsensownymi mrzonkami.
Ale nie bez przyczyny stał się muzą
Schweitzera, Goldberg jest niezrównany,
nawet teraz słyszę kojące kanony, fugi,
codziennie studiuję lirykę tej arytmetyki,
na powierzchni unoszą mnie jedynie
te filozoficzne wariacje o bycie.
Nawet się ze mną nie kłócisz,
zamordujesz mnie tym milczeniem,
słyszysz, słyszysz, co mówię?
Gould z pięćdziesiątego piątego
jest ostry, Lecterowski, nieludzki,
Gould kanibal pożera ciało Bacha,
ludzki jest dopiero ten przedśmiertny,
ten jest czuły, wyrozumiały, w osiemdziesiątym
pierwszym Glenn spotyka Jana.
Wolałabym już chyba,
żebyś pił, kurwił się jak tamci,
żebyś mnie uderzył, bił.
Finał to Glenn sam w sobie, sprzęgnięty
autystycznie z ojcowskim krzesełkiem, zjednoczony
ze Steinwayem, lekoman wokalizujący
nad matką klawiaturą, hipochondryk ćwiczący
tai chi, stwardniały geniusz pieszczący
kości, korzący się w prochu nut, w ciszy.
Najgorsza jest twoja obojętność,
ta zimna, kamienna maska,
dłużej tego nie zniosę, zaraz wychodzę.
U Bergmana milczące siostry skłania
ku sobie, godzi na chwilę Muzyka,
jaka to piękna scena, często powraca do
mnie teraz, gdy oddalam się jak Pierwszy Voyager
od Ziemi, odlatuję w nieznane,
niosąc nikomu, niezrozumiałe Przesłanie.
Nie patrzysz już nawet na mnie,
czy ty w ogóle jeszcze istniejesz,
dla kogo, po co tu jeszcze żyjesz?