TRAGIC VODKA

Nie odje­biesz jej ty,
odje­bie ją ktoś inny.

Ale naj­pierw doje­dzie,
wstrzyk­nie jakieś gów­no,
na żyw­ca wypa­tro­szy,
zmu­si do patrze­nia
na wła­sne fla­ki.

Prze­la­ty­wa­łeś ją tyle razy,
wle­cisz po raz ostat­ni.

Para bel­lum.
Legen­dar­ne dzie­więć mili­me­trów.

Gloc­kiem mię­dzy oczy.

Ponu­ry żart, wiem, kur­wa,
bez ura­zy, stary. 

No way?

Nie ma wyj­ścia.
Ona już jest tru­pem.

W grun­cie rze­czy
odje­ba­ła się sama,
ty tyl­ko przy­ło­żysz iko­nicz­ną pie­częć,
zasu­niesz zamek
wor­ka na zwło­ki,
zatrza­śniesz za tą piz­dą
drzwi kost­ni­cy.

Tak musisz o tym myśleć. 

Nie spier­dol.

Bez sło­wa.
Z bli­ska.
Hol­low point.
Pełen roz­kwit pod kopu­łą.
Czy­sto.

Pyk.

A jeśli…

Jeśli sta­niesz do wal­ki,
zechcesz wydo­być ją z gro­bu,
w któ­rym już leży, roz­kła­da się
i cuch­nie,
wte­dy,
bra­cie, wszyst­ko, w s z y s t k o zwró­ci się prze­ciw­ko tobie.

Ja zwró­cę się prze­ciw­ko tobie.
To mia­sto zwró­ci się prze­ciw­ko tobie.
Gli­ny. Tam­ci.
Ty sam zwró­cisz się prze­ciw­ko sobie.

Owszem.

Możesz spró­bo­wać
wyrwać ją
z otchła­ni,
jesteś, jak by nie patrzeć, wol­nym czło­wie­kiem.

Ale wte­dy musiał­byś sam
wal­czyć z całym świa­tem.

Ja…

Wiem…

Tak czy ina­czej…
Prze­je­ba­ne; co?

Współ­czu­ję…, bracie…

A ta ślicz­na, kry­sta­licz­na to
wło­ska, kolum­bij­ska czy ruska?

Ale, kur­wa, moc­na bachant­ka.
W chuj katartyczna.

Star­czy.

Zdro­wie.

Cza­ry-mary.