LAMENTACJA

Nad stru­mie­niem sie­dzę,
nad łuską pokry­tym dra­pież­ni­kiem,
wymy­ślo­nym
przez łaska­we­go opraw­cę,
któ­ry mnie ode­rwał, wyrwał,
osa­dził za, poza, gdzieś,
na brze­gu zachwasz­czo­nym, nigdzie.

Nad nur­tem chłod­nym drżę,
uchwy­ci­łem się uschłej gałąz­ki,
psalm kru­chy dzier­żę, zło­rze­czą­cy,
w pal­cach chu­dych, ścier­płych.

Poto­ku nie­okieł­zna­ny, złe zamia­ry mają­cy,
ciem­ny, nie­prze­jed­na­ny, ty to wszyst­ko
wymu­szasz, aj, aj, jak ty mnie
nakła­niasz.

Do któ­re­go mówię te sło­wa, wodo, wodo,
okrut­na żmi­jo, syczą­ca krew­na
mojej krwi szla­chet­nej, cie­płej, cichej, mat­ko wyrod­na,
ryczą­ca smo­czy­co
mego tru­du, ku jakie­mu
morzu, ojcu odle­głe­mu, nie­obec­ne­mu,
ku jakie­mu głod­ne­mu Lewia­ta­no­wi,
spra­gnio­ne­mu Raha­bo­wi,
Imma­nu­elo­wi wszyst­ko pochła­nia­ją­ce­mu
nie­siesz sie­bie, każ­dą kro­plę mego
potu, mej tęsk­no­ty, każ­dą
uto­pio­ną chwilę?