GÓRA
Wyobraźmy sobie, że on nieustannie
o niej myśli, prawie każdej nocy
przebywa w strefie śmierci
i na wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów
kontaktuje się onirycznie
z jej nagim szczytem.
Porzuca dla niej żonę, dwoje dzieci,
siebie, ulubione puzzle,
bo nie potrafi się oprzeć
stromym ścianom, oblodzonym zboczom.
Pragnie posiąść niewyobrażalną masę,
zawładnąć kamiennym kośćcem,
stanąć na samym wierzchołku możliwości,
przeniknąć do rdzenia, dotknąć szpiku,
zatopić oścień czekana w kluczowym organie,
za wszelką cenę zatrzymać
uciążliwą cyrkulację.
Dla niej uczy się urdu,
by móc przemawiać do niej czule
w jej własnym języku,
zanim ugodzi ją śmiertelnie
ostrzem z węglowej stali,
zanim stanie się to, co przeznaczone jemu, jej,
nieuniknione, nieodwołalne,
zanim ona lub on w końcu ostatecznie zamilknie.
Załóżmy, że starannie planuje wyprawę,
czyni niezbędne przygotowania,
wyrusza, dociera do głównej bazy,
dokonuje aklimatyzacji, zaczyna rytualną wspinaczkę
w jakimś towarzystwie,
koczuje w coraz wyżej usytuowanych obozach,
zakłada liny poręczowe, trawersuje,
szczęśliwie mija lodowe nawisy,
śmiało przecina śnieżne pola,
pokonuje przewieszenia,
ściśle kontroluje zużycie.
Przyjmijmy, że tuż przed atakiem szczytowym
zaczyna się nawet modlić.
W urdu.
Do niej.
Zaryzykujmy twierdzenie, że ona
go wysłuchuje, daje się zjednać,
uchyla oko pogodowe,
łaskawie wyraża zgodę,
nawet zachęca go do natychmiastowego
szturmu.
I on, dajmy na to, otrzymuje nagle
wszystko to, po co przyszedł.
Ale, co łatwo przewidzieć, tylko na chwilę,
bo podczas zejścia ślepnie,
zapada na chorobę wysokościową,
słabnie tak bardzo, że ci jacyś
jego towarzysze schodzą dalej sami.
Przypuśćmy, że ekspedycja ratunkowa wyruszy.
Albo nie wyruszy.
To nie ma już dla nikogo żadnego znaczenia.
On nie wróci, choćby i powrócił.
Powiedzmy, że jakiś czas potem
komuś jakimś cudem,
może zupełnie przypadkowo, bezwiednie,
uda się uratować jego żonę oraz dziecko.
Jedno.
Postawmy taką hipotezę.
Rozważmy taki scenariusz.
Czysto teoretycznie.
Zagrajmy na cienkich strunach
twórczej imaginacji.
Zróbmy to.
Koniecznie.
Istnieje przecież taką możliwość.