STARCIE

Trze­bie­nie mnisz­ka, tępie­nie lwie­go zęba
jest zaję­ciem jało­wym,
czyn­no­ścią w sam raz dla korync­kie­go kró­la.

Sze­rze­nie znisz­cze­nia w sku­pi­skach
gorz­kie­go zie­la,
pastwie­nie się nad poje­dyn­czy­mi dmu­chaw­ca­mi
zawsze oka­zu­je się bez­owoc­ne.

Zawo­dzą śmier­cio­no­śne
narzę­dzia i stra­te­gie.

Dło­nie, noże, ocet,
selek­tyw­ne her­bi­cy­dy, regu­lar­ne kosze­nie,
pre­wen­cyj­ne ściół­ko­wa­nie,
wszyst­ko to nic nie zna­czy wobec
palo­wych korze­ni, pneu­ma­tycz­nych łodyg,
liścia­stych rozet, żół­tych koszycz­ków,
nie­łup­ków, lot­nych apa­ra­tów.

To nie jest wyrów­na­na wal­ka.
Ta ogro­do­wa bata­lia nie jest uczci­wa.

Tech­ni­ka kon­tra magia.

Ta woj­na jest z góry prze­są­dzo­na.
To star­cie jest nie do wygra­nia.

Opi­ci latek­sem sza­ma­ni,
roz­bły­sku­ją­cy jaskra­wo­żół­ty­mi wizja­mi wszech­obec­no­ści,
nigdy nie rezy­gnu­ją, wiecz­nie powra­ca­ją,
per­ma­nent­nie zmar­twych­wsta­ją.

Nie dys­po­nu­ją kła­mi, pazu­ra­mi,
koń­czy­na­mi, mózga­mi, bro­nią pal­ną.
Woju­ją sobą.
Wraż­li­wą tkan­ką.
Prą na oślep, dzie­lą się, mno­żą,
roz­prze­strze­nia­ją,
anek­tu­ją teren.

Są nie­prze­jed­na­ny­mi stron­ni­ka­mi nie­po­rząd­ku,
zor­ga­ni­zo­wa­ne­go cha­osu,
zaprzy­się­gły­mi wro­ga­mi kru­che­go ładu,
nie­odmien­nie odma­wia­ją sta­nię­cia po stro­nie
efe­me­rycz­nych ilu­zji,
wyna­tu­rzo­nych mrzo­nek.

Prę­dzej czy póź­niej opa­nu­ją
każ­dą raba­tę,
zachwasz­czą urze­czy­wist­nio­ne
fan­ta­zje, sta­ran­nie wypie­lę­gno­wa­ne
kom­po­zy­cje.

Tak czy ina­czej zagro­żą nagiet­kom, sasan­kom,
astrom, fioł­kom.

Wezmą odwet na wraż­li­wym este­cie,
zaro­sną boga­tą histo­rię upraw
spra­gnio­ne­go twór­cy.

Ich zemsty nie unik­nie żaden
siew­ca zagła­dy,
uzbro­jo­ny w rdze­wie­ją­cą moty­kę
i syzy­fo­we ambicje.