ODDECH

Dale­ko, tak bli­sko.
Poza.
We.

Ten dom jest ostat­nim miej­scem,
przy­czół­kiem,
zaląż­kiem.

W jego wnę­trzu
sie­dzę przy komin­ku i nocą
zakli­nam pło­mie­nie.

Bli­sko, tak dale­ko.

Ogień oświe­tla roz­chy­bo­ta­ne ścia­ny,
roz­go­rącz­ko­wa­ne meble, łatwo­pal­ne dło­nie,
wyglą­da przez okna,
jak gdy­by na coś cze­kał,
jak gdy­by kogoś wypa­try­wał.

Spa­la poskrę­ca­ne gałę­zie, uschłe liście,
tra­wi spa­dłe sny.

Roz­ma­wia z kwa­dra­mi
o szczy­tach, prze­pa­ściach,
mil­czą­cych popio­łach.

Żywi się moim odde­chem,
ale żyje dla mnie.

Poza mną.
We mnie.