PRZEJĘCIE

I.

W koń­cu ci z Pra­wej
pod­nie­śli holi­stycz­ne gło­wy.

Już lata temu ist­nia­ły prze­słan­ki
ku temu, że prę­dzej czy póź­niej
tak wła­śnie się sta­nie,
że bunt jest tyl­ko kwe­stią cza­su.

Domi­na­cja i aro­gan­cja
tych z Lewej
od zawsze
budzi­ły po prze­ciw­nej stro­nie
uza­sad­nio­ne obu­rze­nie.

W isto­cie,
każ­dy racjo­nal­ny krok
Lewej
od począt­ku i nie­odmien­nie
był nie tyl­ko sen­sow­ny, logicz­ny,
ale i szy­der­czy, był sub­tel­nym
policz­kiem
wymie­rzo­nym Pra­wej.

II.

Kre­atyw­ne jastrzę­bie wyzwo­lo­nej sztu­ki
opra­co­wa­ły nor­mandz­ki wariant
prze­ję­cia.

Zapla­no­wa­no fron­tal­ny,
miaż­dżą­cy atak alianc­ki,
inwa­zję na nie­bo­tycz­ną ska­lę,
ude­rze­nie bru­tal­ne, jed­no­ra­zo­we,
śmier­tel­nie sku­tecz­ne.
Reor­ga­ni­za­cja sie­ci neu­ro­nal­nych,
blo­ka­da neu­ro­tran­smi­sji,
zakłó­ce­nie komu­ni­ka­cji koro­wo-koro­wej,
siło­we prze­ję­cie kon­tro­li
nad cen­trum wzro­ko­wym, języ­ko­wym
i hipo­kam­pem –
mia­ły­by dać Pra­wej zwy­cię­stwo
bły­ska­wicz­ne i w spo­sób trwa­ły
zapew­nić spra­wo­wa­nie nie­po­dziel­nej
wła­dzy.

Wariant ten oka­zał się jed­nak
naj­zu­peł­niej błęd­ny.

III.

Tkli­we empa­tycz­ne gołę­bie
ponad wszel­ką wąt­pli­wość
dowio­dły bowiem,
że ci z Lewej prze­wi­du­ją pew­nie
taką wła­śnie pro­stac­ką szar­żę,
że – ponad­to – nie moż­na
tak po pro­stu
ani­hi­lo­wać Lewej, nie­zbęd­nej jed­nak
do sku­tecz­ne­go funk­cjo­no­wa­nia Pra­wej,
a nade wszyst­ko pod żad­nym pozo­rem
nie nale­ży zakłó­cać pra­wi­dło­we­go
funk­cjo­no­wa­nia Nosi­cie­la,
było­by to wszak­że pod­ci­na­niem
egzy­sten­cjal­nej gałę­zi, na któ­rej
Pra­wa ze swej natu­ry
sie­dzi.

Zde­cy­do­wa­no się więc
na wariant flo­renc­ki, makia­we­licz­ny,
ekwi­li­bry­stycz­ny, mistrzow­ski
w swym wyra­fi­no­wa­niu,
zupeł­nie przez Lewą nie­ocze­ki­wa­ny.

Lewi zosta­ną zdo­mi­no­wa­ni psy­cho­lo­gicz­nie,
znie­wo­le­ni sub­tel­nie, nie siło­wo,
lecz pod­stęp­nie,
zaczną słu­żyć Pra­wym nie­świa­do­mie,
bez­wied­nie.

„Uda­waj sła­be­go, aby stać się sil­nym”.

„Naj­wyż­szą sztu­ką woj­ny jest poko­nać wro­ga bez wal­ki”.

Słusz­nie, dziad­ku
Sun Tzu.

IV.

Na tere­nie Pra­wej trwa­ją aktu­al­nie
gorącz­ko­we przy­go­to­wa­nia.

Szko­li się szpie­gów, cichych pro­wo­ka­to­rów,
emo­cjo­nal­nych szan­ta­ży­stów,
wszel­kiej maści infil­tra­to­rów,
bez­czel­nych, lecz zabój­czo sku­tecz­nych
spry­cia­rzy.

Zapy­ta­cie,
skąd ja to
wiem.

No cóż,
macza­łem w tym wszyst­kim
neu­ro­no­we pal­ce.

Pozwól­cie jed­nak, że tu zakoń­czę.
Ktoś musi prze­cież
na powierzch­ni Pra­wej
stu­dzić emocje.