ONO

W słusz­nie minio­nych cza­sach
pró­bo­wa­ło z nami nie­ład­nie pogry­wać.

Napraw­dę, trak­to­wa­ło nas
jak nie­do­ro­zwi­nię­te dzie­ci.

Kaza­ło się tytu­ło­wać Ra albo Inti.
Albo jesz­cze bar­dziej idio­tycz­nie.

Malo­wa­li­śmy i żło­bi­li­śmy
wszyst­kie te nie­do­rzecz­ne wize­run­ki,
kół­ka i kre­ski,
a ono naj­bez­czel­niej z nas kpi­ło,
kpi­ło w ośle­pio­ne oczy,
oszu­ki­wa­ło, że musi­my, uwa­żaj­cie,
przy­wią­zy­wać je do kamie­nia,
ściem­nia­ło, że uciek­nie na zawsze
i zosta­wi nas sam na sam
z księ­ży­cem.

Szyb­ko wybi­li­śmy te głu­pie żar­ty
z roz­ża­rzo­nej gło­wy Utu, Helio­sa,
Suryi, Sun­nu, Ama­te­ra­su.

Spro­wa­dzi­li­śmy to prze­ro­śnię­te
ego
do pro­za­icz­nej roli ener­gii,
poka­za­li­śmy mu nasze kom­pu­te­ry,
smart­fo­ny, samo­cho­dy,
wyja­śni­li­śmy, gdzie jest miej­sce
jego pro­mie­ni i zapę­dzi­li­śmy
do robo­ty.

Dziś to my dyk­tu­je­my warun­ki.
Mamy, zauważ­cie, toka­ma­ki.

Przy­go­to­wu­je­my już butel­ki
i wkrót­ce ono
zosta­nie w nich uwię­zio­ne.

I będzie udo­mo­wio­nym dżi­nem,
goto­wym do dzia­ła­nia
na każ­de nasze ski­nie­nie.

Ono
jesz­cze się odgra­ża, że wystar­czy
jeden jego kaprys, jeden, jak powia­da,
wład­czy wyrzut koro­no­wy –
i będzie poza­mia­ta­ne,
pozo­sta­ną po nas dymią­ce dru­ty.

Ale niech ono, uwa­ża­cie,
nie będzie takie cwa­ne.
Przej­rze­li­śmy na oczy.
Dru­gi raz nas nie nabierze.