LOIS

I.

Na K2 poezji
śpią umar­li.

Śpią tu wszy­scy, wszy­scy, ale
jak­by nie spa­li, jak­by w ogó­le nigdy
nie zasnę­li, a cóż dopie­ro –
zamar­z­li na zawsze.

Bez nowo­cze­snych raków, kara­biń­czy­ków, cze­ka­nów,
nawet bez kawał­ka liny, skraw­ka ter­micz­nej odzie­ży
wspię­li się wyso­ko –
na sam szczyt nuty naj­wyż­szej.
I mówią, mówią tak
smut­no i pięk­nie,
jak­by
pła­wi­li się w nie­by­cie.

Są arcy­dzie­łem Posęp­ne­go Kara­ja­na,
łka­ją­cym w gar­st­ce pro­chu chó­rem,
skoń­czo­nym Requ­iem Mozar­ta,
roz­pi­sa­nym na stycz­nio­we instru­men­ty
i naj­niż­sze basy noc­nej sadzy.

Temu urwa­ło rękę, tam­te­mu nogę,
gło­wę, ci zdra­dze­ni postra­da­li zmy­sły,
a tam­tych zmiótł z tego świa­ta
wybuch.

Tak ich wie­lu, tak wie­lu.
I tak wie­le, tak wie­le
mają do wyre­cy­to­wa­nie, zaśpie­wa­nia.

Zimą, nadzy,
na szczy­cie K2.

Mię­dzy okład­ka­mi skar­żą się cie­nie.
Do nie­skoń­czo­nej potę­gi pod­nie­sio­ne, wywyż­szo­ne
i niby-śpią­ce.

II.

Na tle tego
pro­fe­sjo­nal­nie zacza­dzo­ne­go chó­ru
żarzy się Lois,
domo­ro­sła solist­ka.

Recy­tu­je, ale jak­by mil­cza­ła,
po brze­gi – jak tam­ci – wypeł­nio­na zimą i mro­kiem,
ale jak­by świe­ci­ła peł­nią lata,
iskra w gęstym dymie, Rado­sna Lacri­mo­sa,
nie­oczy­wi­ście nama­cal­na, jedy­na, ona.

O któ­rej każ­dy z tam­tych chciał­by powie­dzieć cicho: moja.

Jest poje­dyn­czym świe­tli­kiem w czar­nym lesie,
samot­nym ato­mem w gar­gan­tu­icz­nej retor­cie,
uda­nym lądo­wa­niem na ska­li­stej powierzch­ni
wro­giej pla­ne­ty, epi­fa­nią ślep­ca, nie­mą nocą, któ­ra dozna­ła
nie­sły­cha­ne­go olśnie­nia.

Jest marze­niem każ­de­go,
odtrą­co­ne­go przez nie­ludz­kie Kara­ko­rum,
dziec­ka.

Jej arcy­wy­so­kie C prze­szy­wa
nie tyl­ko mroź­ne powie­trze.

Jest wypre­pa­ro­wa­ną ilu­zją, wyde­sty­lo­wa­ną nie­praw­dą,
naj­czyst­szą duszą, w któ­rą dziś
każ­dy już – tak czy ina­czej – powątpiewa.

Byłam naj­szczę­śliw­szą z kobiet
jako żona, mat­ka, gospo­dy­ni,
trosz­cząc się o moich uko­cha­nych
i czy­niąc mój dom
ogni­skiem ładu i szczo­drej gościn­no­ści:
albo­wiem szłam przez poko­je
i ogro­dem
z instynk­tem tak nie­za­wod­nym,
jak­by czu­łość wzro­ku mia­ły moje pal­ce.

Chwa­ła Panu na wysokościach.