PRZEJŚCIE
Pierwszy
Ostatni
Poeta
Stary wazon
Prośba
Wyznanie
Kuchnia
Baśń o młynkach
Ulica
Wspomnienie z Lipska
Katalog
Opowieść orientalna
Piosenka wiosenna
W parku
Oceanarium
Psy i koty
Studium
Bird
Babcia
Helena
Antybożec
Baśń dla Irminy
Porównanie homeryckie
Zstąpujący robotnicy
Który idziesz
Rano
Pojmowanie
L.A.Woman
Poszukiwania
Chwile
Galeria
Grafiki Gielniaka
Dialog
Nazca
Vivian
Lois
Anons
Dziennik pokładowy
SMS
RPG
Cykl
Pejzaż
Raport
Jest
Ekonomia humanistyki
Tlen
Manuskrypt
Casus extremus
Przedmioty
Płaskoziemcy
Wykład
Ono
Nie ma
Psalm buntowniczy
List
Style odbioru
Wiedz
Nic więcej
Mów do nas
Przejęcie
LOIS
I.
Na K2 poezji
śpią umarli.
Śpią tu wszyscy, wszyscy, ale
jakby nie spali, jakby w ogóle nigdy
nie zasnęli, a cóż dopiero –
zamarzli na zawsze.
Bez nowoczesnych raków, karabińczyków, czekanów,
nawet bez kawałka liny, skrawka termicznej odzieży
wspięli się wysoko –
na sam szczyt nuty najwyższej.
I mówią, mówią tak
smutno i pięknie,
jakby
pławili się w niebycie.
Są arcydziełem Posępnego Karajana,
łkającym w garstce prochu chórem,
skończonym Requiem Mozarta,
rozpisanym na styczniowe instrumenty
i najniższe basy nocnej sadzy.
Temu urwało rękę, tamtemu nogę,
głowę, ci zdradzeni postradali zmysły,
a tamtych zmiótł z tego świata
wybuch.
Tak ich wielu, tak wielu.
I tak wiele, tak wiele
mają do wyrecytowanie, zaśpiewania.
Zimą, nadzy,
na szczycie K2.
Między okładkami skarżą się cienie.
Do nieskończonej potęgi podniesione, wywyższone
i niby-śpiące.
II.
Na tle tego
profesjonalnie zaczadzonego chóru
żarzy się Lois,
domorosła solistka.
Recytuje, ale jakby milczała,
po brzegi – jak tamci – wypełniona zimą i mrokiem,
ale jakby świeciła pełnią lata,
iskra w gęstym dymie, Radosna Lacrimosa,
nieoczywiście namacalna, jedyna, ona.
O której każdy z tamtych chciałby powiedzieć cicho: moja.
Jest pojedynczym świetlikiem w czarnym lesie,
samotnym atomem w gargantuicznej retorcie,
udanym lądowaniem na skalistej powierzchni
wrogiej planety, epifanią ślepca, niemą nocą, która doznała
niesłychanego olśnienia.
Jest marzeniem każdego,
odtrąconego przez nieludzkie Karakorum,
dziecka.
Jej arcywysokie C przeszywa
nie tylko mroźne powietrze.
Jest wypreparowaną iluzją, wydestylowaną nieprawdą,
najczystszą duszą, w którą dziś
każdy już – tak czy inaczej – powątpiewa.
Byłam najszczęśliwszą z kobiet
jako żona, matka, gospodyni,
troszcząc się o moich ukochanych
i czyniąc mój dom
ogniskiem ładu i szczodrej gościnności:
albowiem szłam przez pokoje
i ogrodem
z instynktem tak niezawodnym,
jakby czułość wzroku miały moje palce.
Chwała Panu na wysokościach.