L.A. WOMAN

I.

Dostrze­ga­my ją w peł­nym kali­for­nij­skim świe­tle,
w otwar­tym oknie prze­glą­dar­ki,
przez uchy­lo­ne drzwi webo­wej per­cep­cji.

Kolo­ry wiru­ją, męt­ne powie­trze wyrzy­gu­je
zwy­rod­nia­łe kształ­ty,
kształ­ty meta­mor­fu­ją w obez­wład­nia­ją­ce zapa­chy,
obraz jest tak wyra­zi­sty, że aż dźwię­czą pik­se­le
na wszyst­kich pię­trach naszych freu­dow­skich kon­struk­cji.

Archa­icz­ne wehi­ku­ły jaź­ni
nie zafun­do­wa­ły­by nam lep­szej wyciecz­ki.

II.

Ona nur­ku­je w wiel­kim kuble na śmie­ci, ona sie­dzi
bez butów pod dziu­ra­wym pło­tem, je kanap­ki zna­le­zio­ne na uli­cy,
ona tro­pi nie­do­pał­ki, puste pusz­ki, zgu­bio­ne mone­ty,
pije naj­tań­szą wódę wprost z butel­ki, widać, że ona
stra­ci­ła dwie gór­ne jedyn­ki,
ring fin­ger jej lewej dło­ni ster­czy pod dziw­nym kątem,
uwa­ga, chy­ba coś mówi, nie, tyl­ko beł­ko­cze.

Jest księż­nicz­ką,
kró­lo­wą auto­stra­dy,
sza­man­ką odmien­nych Sta­nów.
Bogi­nią zin­du­stria­li­zo­wa­nej pre­rii.

Nosi popla­mio­ny t‑shirt, brud­ne spodnie,
za dużą bejs­bo­lów­kę, obwie­si­ła się
tan­det­ny­mi kora­li­ka­mi, sko­ro­do­wa­ny­mi bran­so­let­ka­mi.

Patro­lu­je bez­sło­necz­ne dni,
bez­k­się­ży­co­we noce.
Pcha w stro­nę gra­nicz­nej kra­wę­dzi
wie­lo­garb­ny skle­po­wy wózek.

Zasy­pia­jąc na sty­gną­cym asfal­cie,
jed­no­czy się z mar­twym kra­jo­bra­zem,
sta­je się zale­d­wie strzę­pem złe­go snu
tłu­stych cele­bry­tów.

Pan Mojo zwę­szył ofia­rę.
Nigdy nie widział kobie­ty tak samot­nej.
Wzno­si się, wzno­si się, wzno­si się.
Coraz wyżej i wyżej.
Dzi­ki i żąd­ny, śli­ni się, dyszy.

III.

Wizja jest nie­zła, odje­cha­na.
I jaz­da ta może trwać nawet
kil­ka dobrym minut.

Rzecz jasna, nic z tego tri­pu nie wyni­ka.
Bo w koń­cu co ma wyni­kać?

Dla­te­go już ją zosta­wia­my.

W peł­ni władz umy­sło­wych, abso­lut­nie trzeź­wi,
porzu­ca­my ją na rogu
któ­rejś­tam i któ­rejś­tam alei,
na skra­ju namio­to­we­go raju dla cuch­ną­cych archa­nio­łów,
koń­czy­my na tej foto­gra­fii, fini­szu­je­my na tym fil­mi­ku,
lądu­je­my, star­czy tego haju.

Przez chwi­lę dotrzy­ma­li­śmy L.A. Woman kro­ku,
oblu­ka­li­śmy ją od góry do dołu.

Ale czas się roz­stać, bye, bye, baby, bye,
Miss Ame­ri­can Pie,
bez­dom­ny pies cię trą­cał.

Na poże­gna­nie może­my ci życzyć
uda­ne­go kolej­ne­go nur­ko­wa­nia
w kuble na śmie­ci.

Tyle w tym tema­cie.
Pan Mojo, nasy­co­ny, trzę­sie się z ucie­chy.
To był dobry, kon­kret­ny trip.
Opusz­cza­my tę stronę.