ZSTĘPUJĄCY ROBOTNICY

Uli­ca wyłą­czo­na z ruchu,
uwa­ga, głę­bo­kie wyko­py,
awa­ria.
Nie­ru­cho­ma kopar­ka –
odpo­czy­wa­ją­cy w cie­niu drze­wa dra­pież­nik.
Dwie war­czą­ce cię­ża­rów­ki.
Peł­za­nie prze­wo­dów.

Pię­ciu robot­ni­ków.
Obna­żo­ne lśnią­ce tor­sy,
przy­kle­jo­ne do ust papie­ro­sy i prze­kleń­stwa,
pro­ste narzę­dzia.
Po dra­bi­nie zstę­pu­je­my na dno dołu.

Dla­cze­go są isto­ta­mi pokry­ty­mi łuską potu,
plu­ją­cy­mi gęstą śli­ną,
wypo­sa­żo­ny­mi w łopa­ty brą­zo­wy­mi napra­wia­cza­mi rur?
Dla­cze­go zmu­sze­ni są zstę­po­wać?
Co zade­cy­do­wa­ło?
Scho­dzę i nie odnaj­du­ję nicze­go.
Tyl­ko piach i splą­ta­ne korze­nie, i kamie­nie.
Jak­by­śmy zstę­po­wa­li w głąb sie­bie.

Wkrót­ce opusz­czą ten dół,
zstą­pi­cie jesz­cze niżej.
W ciem­ny beł­kot wie­czo­ru, w cuch­ną­ce trze­wia nocy.

Nie uczy­nio­no nas pilo­ta­mi.

Pra­cu­ją.
Błysz­czy wry­ty w stra­to­wa­ny traw­nik
srebr­ny pazur koparki.