HELENA

I.

W szko­le trze­ba było nosić
jej skó­rza­ną tecz­kę,
wypeł­nio­ną zbro­jo­nym beto­nem
nie­ustę­pli­wych fak­tów.

Pamięć – pusto­sze­ją­cy maga­zyn
rzą­dzo­ny przez głod­ne szczu­ry –
prze­cho­wu­je nie­wie­le.

Duże pie­gi na bla­dych policz­kach,
odsta­ją­ce uszy, rzad­kie jak u sta­rej kobie­ty
wło­sy. Skrze­kli­wy głos.

I to imię. To imię.

Na odle­głym hory­zon­cie zda­rzeń led­wo już maja­czy
ta smut­na, pokut­ni­cza pro­ce­sja.

Ciem­ni tra­ga­rze wie­dzy
wlo­ką się za kar­li­cą, isto­tą upo­śle­dzo­ną,
budzą­cą przy­pra­wio­ny szczyp­tą współ­czu­cia
strach.

Ona i trans­por­to­we muły,
jak wywo­ła­ne z nie­pa­mię­ci duchy,
prze­miesz­cza­ją się szkol­ny­mi kory­ta­rza­mi wol­no,
bar­dzo wol­no.

Prze­zro­czy­ste ryby w wid­mo­wej rze­ce.

Kapłan­ka brzy­do­ty toną­ca w todze powa­gi,
uwię­zio­na w zim­nym gor­se­cie
żało­by po stra­cie nor­mal­nej sie­bie.
I twar­do­gło­we głą­by, roz­pacz­li­wie ucze­pio­ne
jej cięż­kiej tecz­ki oraz wła­snych kpią­cych uśmiesz­ków,
nie­ma­ją­ce zie­lo­ne­go poję­cia
o oddzie­la­niu imie­nia od posta­ci.
Mają­ce bla­de poję­cie o oddzie­la­niu
świa­tła
od
ciem­no­ści.

Nik­ną­ca mgła na wid­mo­wym polu.

II.

U Vela­zqu­eza widać ją wyraź­nie.
Nie­zwy­kle wyraź­nie. Zbyt wyraź­nie.

Jest kon­kret­na, nama­cal­na
niczym kret albo sadza, albo mrok.

Znie­ru­cho­mia­ła w cza­sie nie­usz­ko­dzo­na mumia
stoi
obok swo­je­go jasno­wło­se­go imie­nia,
utka­ne­go z bie­li, zło­ta i świa­tła.
Jak­by sta­ła obok słoń­ca, któ­re ado­ru­ją
bia­łe chmu­ry panien dwor­skich.

Jest.

Jest czy­stą wie­dzą o. Nie­ubła­ga­ną gno­zą.
Odwrot­ną stro­ną upięk­szo­ne­go życia,
rewer­sem dnia.

Kale­ką infant­ką nocy,
któ­ra nie­po­dziel­nie rzą­dzi
każ­dym
spoj­rze­niem.