OPOWIEŚĆ ORIENTALNA

W lesie poło­żo­nym
na wschód od mia­sta
wymy­ślo­ny wilk uda­je faki­ra,
stą­pa po potłu­czo­nych butel­kach
i pognie­cio­nych pusz­kach.

Ostat­ni żywy dzik gra rolę
bro­da­te­go wezy­ra.

Lata­ją­cy dywan ściół­ki
uno­si w zapo­mnie­nie
gra­ją­ce na zwę­glo­nych źdźbłach świersz­cze
w tur­ba­nach z szy­szek.

Szu­mią sta­re liścia­ste mina­re­ty,
gło­sem pięk­nej Sze­he­re­za­dy
opo­wia­da­ją dziw­ne baśnie
tysią­ca i jed­nej nocy.

Moja zasi­la­na kawą po turec­ku
wyobraź­nia
o wscho­dzie słoń­ca
gra na dłu­go­pi­sie jak na fle­cie,
zakli­na­jąc prze­mie­nio­ne­go w jado­wi­tą kobrę
mar­twe­go zaskrońca.