KATALOG

Mów do nas, mów do nas, mów, mów,
mówią,
i – uwierz­cie mi – dopó­ki cze­goś nie powiem,
nie obu­dzą się, ani
nie zasną.

Chodź­cie, spójrz­cie na nie, tu rosną,
zobacz­cie.

Są jak nowo­na­ro­dzo­ne dzie­ci,
nie wie­dzą, co mówię, ale
nie to, co mówię, jest dla nich waż­ne.

Takie wła­śnie są i 
takie już pozo­sta­ną
na zawsze.

Użyź­nia­ne gło­ska­mi,
żyją w moim leśnym ogro­dzie.

Rodzą się i umie­ra­ją w nie­wi­dzial­nych
pro­mie­niach mowy.

Nawad­nia­ne śli­ną,
zasi­la­ne każ­dym odde­chem, zawar­tym
w każ­dym odżyw­czym szep­cie.

Miło­rząb, magno­lia, krwi­ściąg, foter­gil­la, tawu­ła…

To nie jest naj­pięk­niej­sza poezja.
To nie jest wiel­ka poezja.
Dale­ko jej do bota­nicz­nych salt Mic­kie­wi­cza.
To pra­wie nie jest poezja.
Jeśli w ogó­le jest to poezja, to
jest to poezja małej, naj­mniej­szej,
naj­bar­dziej – nomen omen – przy­ziem­nej
ska­li,
poezja, moż­na by rzec, nazew­ni­cza, czy­sto użyt­ko­wa.
Któ­rej bli­żej do gra­bi albo łopa­ty
niż do sztu­ki.

Ale innej poezji im nie potrze­ba.

Im wystar­czą – uwierz­cie mi – ich wła­sne,
wymy­ślo­ne przez nas,
imio­na.

Kali­na kora­lo­wa, czar­ny bez, roj­nik, meta­se­kwo­ja, wie­tli­ca…

Kata­log jest dłu­gi jak pęd lśnią­ce­go w słoń­cu blusz­czu,
jak wygię­ta gałąź klo­nu,
któ­ry wła­da drżą­cym nad gło­wą
powie­trzem.

To jesz­cze nie koniec,
zbiór jest obszer­ny,
lecz tym­cza­sem – spójrz­cie – noc nade­szła,
suro­wa straż­nicz­ka mil­cze­nia,
śpią już wszyst­kie moje ogro­do­we elfy,
śpią grzecz­nie.
I ja pra­wie już śpię,
bar­dzo, bar­dzo już cicho
szep­czę…