QUENDI

Kocha­li­śmy świat.

Z inten­syw­no­ścią nie­moż­li­wą do wypo­wie­dze­nia.
Ta miłość pochła­nia­ła wszyst­ko, co tyl­ko mogła pochło­nąć.

I wszyst­ko w koń­cu
pochło­nę­ła.

Pozo­sta­ła chłod­na jasność.

Wasi nie­na­sy­ce­ni bar­do­wie
wyda­ją nam się
dzieć­mi.

Świat nie potrze­bu­je nas.
Nie potrze­bu­je was.
Może nie potrze­bu­je nawet
sie­bie.

Tej jasno­ści rów­nież nie potra­fi­my wysło­wić.

Dla­te­go wła­śnie,
dla­te­go.

Chcie­li­by­śmy odejść.

Ale odcho­dzić może­cie tyl­ko wy,
ludzie, tyl­ko wy.

My mie­li­śmy zapło­nąć, spło­nąć,
a teraz mamy już jedy­nie trwać wśród
srebr­nych pogo­rze­lisk.

Jak­że deli­kat­ny jest popiół, jest
naj­sub­tel­niej­szym cudem,
lecz jak dłu­go
moż­na kon­tem­plo­wać
taki cud?

Powiedz­cie.

Czy zdo­ła­li­by­ście wygło­sić
tę ele­gię
dzie­sięć tysię­cy razy?
Czy zdo­ła­li­by­ście bez koń­ca wygła­szać
tyl­ko
tę ele­gię?

Czy myśli­cie, że jedy­nie
naj­pięk­niej­sze ple­mię,
zmę­czo­ne brze­mie­niem tysiąc­le­ci,
zazdro­ści wam śmier­ci?

Zazdrosz­czą wam jej nawet
Maja­ro­wie.

Nawet
Vala­ro­wie.