MEANDRY

Spę­dza dni sama ze sobą.
Naj­pierw tele­fon, potem joga
i eks­plo­zja słoń­ca o pią­tej – tak pięk­na,
że żad­ne zdję­cie nie odda
tego wido­ku.

Uczy się miło­ści.
Naj­trud­niej­szej.
Tej do samej sie­bie.

Żeby zająć czymś gło­wę,
cho­dzę jeź­dzić kon­no.

Wku­rza mnie, że mój koń
ma mnie gdzieś
i słu­cha tyl­ko swo­je­go tre­ne­ra,
cho­ciaż kłu­ję go pię­ta­mi,
ile wle­zie.

Spa­ce­ru­je w pobli­żu ognisk,
pły­wa, zbie­ra na pla­ży
gład­kie jak jedwab muszel­ki.

Wie­czo­ra­mi mie­wa ocho­tę
na mek­sy­kań­skie wino i taniec.

Nie waha się tań­czyć
na oczach świa­ta
w brud­nej koszu­li noc­nej
i robić dema­ki­ja­żu
pośli­nio­ny­mi pal­ca­mi.

Śpię z Roge­rem i Hen­rym.
To moje misie.

Śnię, że Miley Cyrus
poka­zu­je mi
swo­je nowe buty.

Ma ponad czter­dzie­ści lat,
a wciąż zbie­ra rze­czy z Hel­lo Kit­ty.

Cza­sem uda­ję, że mam pięć lat
i poślu­bi­łam samą sie­bie.
Cza­sem prze­kli­nam papa­raz­zich
i wszyst­kie głu­pie suki, któ­re
wypo­mi­na­ją mi cel­lu­lit.

Raz zacy­to­wa­ła Cum­ming­sa.
Kto zwra­ca uwa­gę na skład­nię rze­czy,
nie zro­zu­mie cię nigdy.

Xila Maria River Red.

Czte­ry tysią­ce postów.
Czter­dzie­ści dwa milio­ny
obser­wu­ją­cych.

Artyst­ka.
Mama.
Udu­cho­wio­na,
począt­ku­ją­ca
kuchar­ka.

Modli się każ­de­go dnia
i z lubo­ścią eks­po­nu­je
łono­we tatu­aże.

Nie ma nicze­go wspa­nial­sze­go
niż pięk­no tajem­ni­czej destruk­cji.
Tak twier­dzi.

Gdy ból sta­je się tak sil­ny,
że aż zaczy­na spra­wiać przy­jem­ność,
czu­ję, że to etap
uzdra­wia­ją­ce­go pro­ce­su.
Tak uwa­ża.

Naj­bar­dziej lubię teraz grze­bać w szu­fla­dach.
Nama­lo­wa­łam na ścia­nie napraw­dę
faj­ną tro­pi­kal­ną pal­mę z pta­kiem w gnieź­dzie.
Jestem na dwie­ście dzie­więt­na­stej stro­nie
cie­ka­wej książ­ki.
Obej­rza­łam strasz­ny film i tro­chę się posi­ka­łam,
gdy poja­wi­ła się ta czar­na postać.
Kupi­łam Śnież­ce lam­pę w kolo­rze
pudro­we­go różu do jej psie­go poko­ju.
Podo­ba mi się to, że przy deli­kat­nym oświe­tle­niu
skó­ra wyglą­da na wil­got­ną.
To takie dziw­ne.

*

Nie płacz, o, Pani, przy­się­gam
na wszyst­kie sztucz­ne kwia­ty i
poziom­ko­we gumy do żucia
całe­go świa­ta.

To praw­da.

Życie nie jest aka­pi­tem.
Ono może.
Być
może nie­skład­ne.

Nie­okieł­zna­ne, dziw­nie bez­kształt­ne
jak wio­sna jesie­nią prze­lot­nie zmy­ślo­na
dla zabi­cia nudy, dla czczej zaba­wy,
z pier­wot­nej tęsk­no­ty,

naj­nie­bez­piecz­niej
pięk­ne.