RÓWNOWAGA

Pan powró­ci i wznie­sie ręce,
ale dziś to ja, brze­mien­na
z Delft,
trzy­mam wagę.

Na jed­nej szal­ce spo­czę­ło
wie­ku­iste świa­tło,
na dru­giej spo­czął nasz los.

Kim będziesz, moje
dziec­ko?
Kim będzie mat­ka
two­ja?

Ojciec jest Tym, któ­ry chce żąć tam,
gdzie nie posiał i zbie­rać tam,
gdzie nie roz­sy­pał, Tym,
któ­ry suro­wo
roz­li­cza
swo­je potom­stwo.

On jest Isto­tą
twar­dą.

A kim będziesz ty?
Kim będę ja?
Kim będzie­my
dla sie­bie nawza­jem,
dla wszyst­kich innych,
co zro­bi­my
z talen­ta­mi?

Z kil­ko­ma mar­ny­mi mone­ta­mi?
Nic nie­zna­czą­cy­mi per­ła­mi?



My, któ­rzy dziś,
w tej oto chwi­li
bło­go­sła­wie­ni jeste­śmy,
łaski peł­ni
i waży­my tyle samo,
co to światło?