GOSPODARKA

Pyta pan, jak to się odby­wa.

A jak ma się odby­wać?
Zwy­czaj­nie.

Cicho.
Kame­ral­nie, natu­ral­nie,
że tak powiem.

Gdy przy­cho­dzi ich czas,
zaszy­wa­ją się
w jakimś kącie.

Chcą być same.
Kulą się, nie­ru­cho­mie­ją,
mój Boże, no boją się,
cier­pią, są sła­be,
chro­nią sie­bie.

Tu jest ich tak dużo,
że zawsze któ­ryś gdzieś
zdy­cha.

W ciem­nej dziu­rze, pod oka­pem.
Pre­fe­ru­ją tę szop­kę
i tam­tą
plan­de­kę.

Wycią­gam je stam­tąd
regu­lar­nie.
Ich tru­chła, zwło­ki
zna­czy.

Myśli pan pew­nie, że one
chcą być
w ostat­niej chwi­li sam na sam
z tajem­ni­cą.

Albo że tuż przed zej­ściem
wspo­mi­na­ją wiel­ką
kocią mat­kę.

Mrzon­ki.
Mrzon­ki takich jak
wy.

Ich zdy­cha­nie jest
nor­mal­ne.

Nie­nor­mal­ne są
takie wyobra­że­nia.

Nic wię­cej.

Chce pan się rozej­rzeć
po gospo­dar­stwie, pan
się roz­glą­da.
Pan ich tyl­ko
nie stra­szy, pan patrzy
z dale­ka, coś
im się w koń­cu
nale­ży.

Od życia.

Jakiś nasz sza­cu­nek czy
coś takie­go, one też mają
jakąś
god­ność.

Pan patrzy, ale
pan nie pod­cho­dzi.

Tu się żyje i zdy­cha,
tu nie ma
cze­go badać, tu jest
gospo­dar­ka, tu się
nie zaczy­na, ale
koń­czy

sztu­ka.