POWRÓT
Droga
Posłańcy
Ofiarowanie
Pando
In utero
Narada
Kurru
Chatka
Ojciec
Batalia
Komunikat
Niby
Lód
Matka
Noah
WTC
Vianney
Blanche
Jacques
Ted
Iwao
Kwestia
Magda
Hermann
Invocatio
Echo
Echa
Zwrot
Konfrontacja
Koniec
Full
Trójpodział
Paradoks
Maski
Zuzanna
Siostrzyczki
Operacja
Zjednoczenie
Ramy
Sztuka
Sklepienie
Podłoże
Głębia
Monstrum
Mowa
Otwarcie
Sytuacja
Preludia
Turbulencje
Szmer
Maruta
Hibakusha
Rada
Nekropolis
Dziewczynka
Epitafia
Sekcja
Oponentka
Dar
Brzeg
HERMANN
Wydawało się, że podobnego mu człowieka
trudno byłoby znaleźć nie tylko
w Norymberdze, ale nawet w całej Europie.
Miało się wrażenie, że ma w ręku
wszystkich, wszystkich.
Nawet tych, którzy go uwięzili.
Sam zresztą zgłosił się do niewoli.
Pozwolono mu wtedy urządzić
konferencję prasową i brylować
przed dziennikarzami.
Przemawiał do pismaków
jak do dzieci, siedząc rozparty
w wielkim fotelu, otoczony
amerykańskimi oficerami, kulącymi się
wokół niego na stołeczkach.
Wyglądało to tak, jakby to on sam
zaaranżował koniec wojny i nakazał
własne pojmanie, by spokojnie
wyjaśnić jakieś drobne nieporozumienia.
Potrafił być ujmujący.
Mógł zmanipulować właściwie każdego.
Zawstydzał więziennych psychologów,
zapędzał w kozi róg oskarżycieli,
ich zarzuty torpedował ciętymi ripostami.
Sędziowie wielokrotnie zarządzali przerwy,
by wspólnie naradzić się, jak odpowiedzieć
na jego błyskotliwe kpiny.
Jako szef strażników
nigdy bym nie pozwolił, by jeden z moich
trzymał wartę pod jego drzwiami
częściej niż raz w miesiącu.
Nie było prawie nikogo, kogo
nie potrafiłby olśnić i kupić.
Oferował mi diament w zamian
za narkotyki.
Wiem, że moi chłopcy prosili go
o autografy.
Rozdawał je z uśmiechem, mówiąc
zawsze mniej więcej coś takiego:
„Schowaj, pilnuj, strzeż, młodzieńcze,
za trzydzieści lat to będzie coś warte”.
Gdy przyszedłem do niego po raz pierwszy,
na środku jego celi leżał zmięty papierek.
Kazałem mu go podnieść.
Spojrzał na mnie, wyprężył się,
strzelił obcasami i zameldował z godnością:
„Marszalkowie polowi nie sprzątają cel”.
Nie dałem mu śniadania.
Wściekł się, krzyczał, pomstował.
Ale w końcu się złamał, bo wiedział dobrze,
że mógłby nie dostać również obiadu.
Wygrałem, ale to było moje jedyne
nad nim zwycięstwo, jedyne.
Film o Auschwitz przygnębił go.
Zasmucił. Powiedział po jego projekcji:
„Panowała taka świetna atmosfera.
Śmiali się z moich żartów.
Ale wszystko popsuli”.
Ribbentrop, Frank, Speer, Hess.
Ci byli tacy żałośni, byli cieniami,
pustymi skorupami, marionetkami,
trzęsącymi się głupcami.
Wciąż tylko spoglądali na niego
trwożnie, czekali na jego mrugnięcia,
gesty, na jego dyskretne rozkazy.
A on niepodzielnie panował.
Brakowało mu jedynie buławy.
Któż inny, myślałem wtedy, byłby
zdolny dowodzić Latającym Cyrkiem
Czerwonego Barona, wylądować
na powierzchni zamarzniętego jeziora,
uwieść boską Karin, poderwać z kolan
Luftwaffe i kłaść jednym strzałem
królewskie jelenie? Myślę tak do dziś.
Wielki Łowczy.
W końcu zdradzili go, to prawda,
ale… aż przykro było na to patrzeć.
Był ich wodzem, führerem,
führerem samego siebie.
Nigdy się nie poddał.
Zhołdował własną śmierć.
Nie dał się zaciągnąć na szubienicę.
Pozwolił nam na to tylko,
byśmy symbolicznie
położyli pod nią jego trupa.
Pozwolił się stracić.
Ale tylko pozornie.
W istocie – odmówił.
Tak, odmówił zagrania ostatniej sceny.
Bo uznał ją za napisaną bez polotu.
Bo uznał ją za błędną.
Artystycznie chybioną.
Niedoskonałą, nieszekspirowską.
Niegodną geniusza, Aktora,
Nietzscheańskiego Antychrysta.