HERMANN

Wyda­wa­ło się, że podob­ne­go mu czło­wie­ka
trud­no było­by zna­leźć nie tyl­ko
w Norym­ber­dze, ale nawet w całej Euro­pie.

Mia­ło się wra­że­nie, że ma w ręku
wszyst­kich, wszyst­kich.

Nawet tych, któ­rzy go uwię­zi­li.
Sam zresz­tą zgło­sił się do nie­wo­li.
Pozwo­lo­no mu wte­dy urzą­dzić
kon­fe­ren­cję pra­so­wą i bry­lo­wać
przed dzien­ni­ka­rza­mi.

Prze­ma­wiał do pisma­ków
jak do dzie­ci, sie­dząc roz­par­ty
w wiel­kim fote­lu, oto­czo­ny
ame­ry­kań­ski­mi ofi­ce­ra­mi, kulą­cy­mi się
wokół nie­go na sto­łecz­kach.
Wyglą­da­ło to tak, jak­by to on sam
zaaran­żo­wał koniec woj­ny i naka­zał
wła­sne poj­ma­nie, by spo­koj­nie
wyja­śnić jakieś drob­ne nie­po­ro­zu­mie­nia.

Potra­fił być ujmu­ją­cy.
Mógł zma­ni­pu­lo­wać wła­ści­wie każ­de­go.

Zawsty­dzał wię­zien­nych psy­cho­lo­gów,
zapę­dzał w kozi róg oskar­ży­cie­li,
ich zarzu­ty tor­pe­do­wał cię­ty­mi ripo­sta­mi.

Sędzio­wie wie­lo­krot­nie zarzą­dza­li prze­rwy,
by wspól­nie nara­dzić się, jak odpo­wie­dzieć
na jego bły­sko­tli­we kpi­ny.

Jako szef straż­ni­ków
nigdy bym nie pozwo­lił, by jeden z moich
trzy­mał war­tę pod jego drzwia­mi
czę­ściej niż raz w mie­sią­cu.

Nie było pra­wie niko­go, kogo
nie potra­fił­by olśnić i kupić.

Ofe­ro­wał mi dia­ment w zamian
za nar­ko­ty­ki.

Wiem, że moi chłop­cy pro­si­li go
o auto­gra­fy.

Roz­da­wał je z uśmie­chem, mówiąc
zawsze mniej wię­cej coś takie­go:
„Scho­waj, pil­nuj, strzeż, mło­dzień­cze,
za trzy­dzie­ści lat to będzie coś war­te”.

Gdy przy­sze­dłem do nie­go po raz pierw­szy,
na środ­ku jego celi leżał zmię­ty papie­rek.
Kaza­łem mu go pod­nieść.
Spoj­rzał na mnie, wyprę­żył się,
strze­lił obca­sa­mi i zamel­do­wał z god­no­ścią:
„Mar­szal­ko­wie polo­wi nie sprzą­ta­ją cel”.
Nie dałem mu śnia­da­nia.
Wściekł się, krzy­czał, pomsto­wał.
Ale w koń­cu się zła­mał, bo wie­dział dobrze,
że mógł­by nie dostać rów­nież obia­du.
Wygra­łem, ale to było moje jedy­ne
nad nim zwy­cię­stwo, jedy­ne.

Film o Auschwitz przy­gnę­bił go.
Zasmu­cił. Powie­dział po jego pro­jek­cji:
„Pano­wa­ła taka świet­na atmos­fe­ra.
Śmia­li się z moich żar­tów.
Ale wszyst­ko popsu­li”.

Rib­ben­trop, Frank, Spe­er, Hess.
Ci byli tacy żało­śni, byli cie­nia­mi,
pusty­mi sko­ru­pa­mi, mario­net­ka­mi,
trzę­są­cy­mi się głup­ca­mi.

Wciąż tyl­ko spo­glą­da­li na nie­go
trwoż­nie, cze­ka­li na jego mru­gnię­cia,
gesty, na jego dys­kret­ne roz­ka­zy.

A on nie­po­dziel­nie pano­wał.
Bra­ko­wa­ło mu jedy­nie buła­wy.

Któż inny, myśla­łem wte­dy, był­by
zdol­ny dowo­dzić Lata­ją­cym Cyr­kiem
Czer­wo­ne­go Baro­na, wylą­do­wać
na powierzch­ni zamar­z­nię­te­go jezio­ra,
uwieść boską Karin, pode­rwać z kolan
Luft­waf­fe i kłaść jed­nym strza­łem
kró­lew­skie jele­nie? Myślę tak do dziś.

Wiel­ki Łow­czy.

W koń­cu zdra­dzi­li go, to praw­da,
ale… aż przy­kro było na to patrzeć.

Był ich wodzem, füh­re­rem,
füh­re­rem same­go sie­bie.

Nigdy się nie pod­dał.
Zhoł­do­wał wła­sną śmierć.

Nie dał się zacią­gnąć na szu­bie­ni­cę.
Pozwo­lił nam na to tyl­ko,
byśmy sym­bo­licz­nie
poło­ży­li pod nią jego tru­pa.

Pozwo­lił się stra­cić.
Ale tyl­ko pozor­nie.

W isto­cie – odmó­wił.
Tak, odmó­wił zagra­nia ostat­niej sce­ny.
Bo uznał ją za napi­sa­ną bez polo­tu.
Bo uznał ją za błęd­ną.
Arty­stycz­nie chy­bio­ną.
Nie­do­sko­na­łą, nie­szek­spi­row­ską.
Nie­god­ną geniu­sza, Akto­ra,
Nie­tz­sche­ań­skie­go Antychrysta.