RADA

W tam­tą stro­nę nawet
nie patrz­cie.

Tam nie cho­dzi­my.
Nie pro­wa­dzi­my tam
wycie­czek.

Tam jest lim­bo.

Tam nikt, kto nie musi,
nie cho­dzi,
nawet miej­sco­wi.

Poli­cja nigdy się tam
nie zapusz­cza.

Jeśli chce­cie zakosz­to­wać życia
w Kairze, zawrzyj­cie sezo­no­we
mał­żeń­stwo z Egip­cjan­ką
i uży­waj­cie jej, dopó­ki stąd
nie wyje­dzie­cie, chłoń­cie
z roz­ko­szą jej orien­tal­ny pot,
egzo­tycz­ną woń.

Jeśli lubi­cie cień śmier­ci,
jedź­cie do Mem­fis, to nie­da­le­ko,
macie tam pira­mi­dy, masta­by,
chłod­ne, otwar­te gro­by,
a w nich paję­czy­ny, kości, tru­py,
nie­byt na wycią­gnię­cie ręki,
nekro­ty­zuj­cie się do woli.

Ale do al-Qarāfa
nie chodź­cie.

Ani to pie­kło,
ani nie­bo.

Tam led­wo żywi
współ­ży­ją na roz­grza­nym pia­sku,
z nie do koń­ca umar­ły­mi.

A ich upior­ne dzie­ci rodzą się
w gniaz­dach węży
i dora­sta­ją
na pły­tach nagrob­nych.

Tam nic nie wia­do­mo.
Tam się zgu­bi­cie men­tal­nie.

Nie idź­cie tam, bo zabłą­dzi­cie.
Bo nigdy już nie wró­ci­cie.

Raz tam zstą­pi­łem.
Raz na zawsze.

Roz­ma­wiam tu teraz w wami.

Ale wciąż jestem
tam.