HIBAKUSHA

Prze­ży­łam wie­le śmier­ci,
umie­ra­łam nie­skoń­czo­ną ilość razy.

Moje życie było pasmem
powta­rza­ją­cych się zgo­nów.

Mia­łam sie­dem lat,
gdy Chłop­czyk zabił wszyst­kich
moich bli­skich.
Wte­dy opu­ści­łam świat
po raz pierw­szy.

W przy­tuł­ku dla sie­rot
obdar­tych ze skó­ry
ból kil­ka razy dzien­nie
pozba­wiał mnie
przy­tom­no­ści.
Przez wie­le tygo­dni.

Potem umie­ra­łam, gdy tyl­ko
spoj­rza­łam w lustro.

Przez kolej­ne lata
meto­dycz­nie uśmier­ca­ła mnie
komi­sja bada­ją­ca skut­ki.

W zim­nych pro­sek­to­riach
doko­ny­wa­no na mnie wiwi­sek­cji.
Prze­pro­wa­dza­no sady­stycz­ne
obduk­cje moich nasto­let­nich
pier­si, prze­ora­nych żarem
ple­ców, poślad­ków.
Bada­no zwy­rod­nia­łe łono,
zde­for­mo­wa­ne koń­czy­ny,
sta­ran­nie foto­gra­fo­wa­no bli­zny.

Byłam wyklu­cza­na,
to zna­czy dobi­ja­na,
przez swo­ich.

Żyłam sama.
Rzad­ko z kim­kol­wiek roz­ma­wia­łam.
Nigdy nie pra­co­wa­łam.
Kona­łam, ile­kroć otrzy­my­wa­łam
rzą­do­wą jał­muż­nę.

Dziś już, na szczę­ście,
nie ist­nie­ję.

Ale nie dzię­ki opraw­com
stam­tąd, nie dzię­ki
katom stąd.

Tę jed­ną, ostat­nią śmierć
zawdzię­czam sobie.

Dziś mogę już patrzeć
na wszyst­ko, o czym wam
mówię, z dystan­sem.

Z chłod­nym uśmie­chem.

Prze­sta­łam być
zde­ge­ne­ro­wa­ną tkan­ką.

Świe­cę.

Nad waszym
spo­koj­nym światem.