PRELUDIA

Nie prze­ma­wia do mnie
muzy­ka.

Już nie.

Sta­ła się naj­zu­peł­niej zbęd­na.
Odtrą­co­na – zamil­kła.

Na tym eta­pie odda­łem się
we wła­da­nie dźwię­kom.

Sta­łem się kone­se­rem hała­sów,
gwa­rów, sze­le­stów.

Wszel­kie melo­die
budzą jedy­nie iry­ta­cję.

Zachwy­ca­ją mnie natu­ral­ne intro­duk­cje,
łabę­dzie odgło­sy herol­dów ciszy.

Słu­cham, jak brzmi płacz pęka­ją­ce­go
lodow­ca, noc­ny sko­wyt lisi­cy,
stu­kot detek­to­ra Geige­ra.

Wspa­nia­łe dźwię­ki.
Wspa­nial­sze niż naj­wspa­nial­sza muzy­ka.

To jed­nak tyl­ko skrom­ne pre­lu­dia,
zale­d­wie przed­smak
wła­ści­we­go dzie­ła.

Onie­mia­łej fugi w wyko­na­niu
wid­mo­wej orkiestry.