MONSTRUM

Prze­mie­rzy­łem nie­je­den biom,
nie­jed­ną loka­cję, wędro­wa­łem przez pusty­nię,
prze­dzie­ra­łem się przez lasy, zdo­by­wa­łem ośnie­żo­ne góry,
scho­dzi­łem w naj­głęb­sze doli­ny, nur­ko­wa­łem,
szy­bo­wa­łem, uży­wa­łem nie­zli­czo­nych tele­por­tów,
kana­łów, prze­smy­ków,
aby dotrzeć tu, na tę kon­kret­ną, fina­ło­wą are­nę,
aby ujrzeć wresz­cie wład­cę, wład­cę nad wład­ca­mi,
boga ostat­nie­go obsza­ru
i sta­nąć z nim do nie­rów­nej wal­ki.

Obna­żam miecz, uno­szę tar­czę.

Wład­ca uno­si łeb, obna­ża kły.

Jest cudow­ną otchła­nią,
w któ­rą wpa­tru­ję się z zachwy­tem,
jego boski wzrok
z łatwo­ścią prze­świe­tla moją zbro­ję,
naj­skryt­sze moje myśli, jego boskie ser­ce
jed­no­czy się z moim ludz­kim ser­cem.

Ma spi­ral­ne rogi,
srebr­ny pan­cerz,
obsy­dia­no­we pazu­ry,
ogon zakoń­czo­ny
kamien­nym buz­dy­ga­nem.

Ma fio­le­to­we oczy, oczy
nie­ist­nie­ją­cej dziew­czy­ny, oczy
z moich marzeń sen­nych.

Jest taki nie­zwy­kły, taki pięk­ny,
szko­da, że nie ma cie­nia szan­sy,
że moje umie­jęt­no­ści, sta­ty­sty­ki,
ukra­dzio­ne pier­ście­nie, ulep­szo­ne amu­le­ty
nie dają mu żad­nej nadziei.

Szko­da, że nie moż­na go po pro­stu
spo­koj­nie obser­wo­wać, że ist­nie­je jedy­nie
po to, by war­czeć, wal­czyć i zdy­chać.

Aż chcia­ło­by się z takim arcy­gla­dia­to­rem
prze­grać.

Żal szlach­to­wać
takie­go boga.