TRÓJPODZIAŁ

W cen­trum kom­po­zy­cji Mor­tus Rex.

Sie­dzi w mrocz­nej kom­na­cie na tro­nie.
Spo­czy­wa na nim cię­żar świa­tła i rzą­dze­nia.
Świa­tło pocho­dzi z czar­nych świec.
Same­go rzą­dze­nia nie widać na płót­nie.
Król ma koro­nę z blusz­czu i oło­wiu.
W lewej dło­ni trzy­ma ber­ło bólu.
Pra­wą dło­nią pod­pi­su­je ska­zu­ją­ce wyro­ki.
Kró­lo­wi asy­stu­je rój zdraj­ców, pochleb­ców.
Kon­ku­bin, bła­znów, pała­co­wych dur­niów.
Dwo­rza­nie są mgli­ści, jak­by nie­kon­kret­ni.
Ale widać, w co gra­ją z fasa­do­wym wład­cą.
Ner­wo­wo zer­ka­ją na postać skry­tą w cie­niu.

W tle, tuż za tro­nem, Depres­sia Domi­na.

Led­wo ją widać, jest jedy­nie sza­rą pla­mą.
W isto­cie jed­nak trzy­ma wszyst­kich w gar­ści.
To ta emi­nen­cja roz­da­je kar­ty, pocią­ga za sznur­ki.
Jeden jej szept, jed­no drgnię­cie jej powie­ki.
A wokół lecą gło­wy, po posadz­kach pły­ną fla­ki.
Mor­tus-pajac nie ma tu nic do gada­nia.
Jest mario­net­ką, sko­ru­pą, żało­sną atra­pą.
Koro­no­wa­ną, lecz zupeł­nie pustą gło­wą.
Nicze­go nie rozu­mie, nicze­go nie wie, nicze­go.
Nie ma nawet zie­lo­ne­go poję­cia, gdzie dziec­ko.
Gdzie się podzia­ła nadzie­ja kró­le­stwa.

Infant, pię­cio­let­ni Vito.

Panicz Vito jest chy­ba gdzieś nie­da­le­ko.
Ale nie widać go tu, na płót­nie, trud­no.
Błą­dzi samot­nie w pała­co­wym labi­ryn­cie.
Albo w wie­ży bawi się z lal­ką w cho­wa­ne­go.
Ktoś jed­nak pew­nie ma na nie­go oko.
Pod­czas gdy rodzi­ce haru­ją na sce­nie.
Rzą­dzą baro­ko­wym the­atrum mun­di.
Wła­da­ją twar­dą ręką naj­le­piej, jak potrafią.