FULL

Gdzie nie spoj­rzeć,
gdzie się czło­wiek nie obró­ci,
gdzie się nie ruszy,
na każ­dym kro­ku,
na każ­dym rogu.

Sła­bi.

Nie tykaj, panie, nie pytaj,
nie lukaj, nie oddy­chaj.

Cho­rzy.

Bo sie napnie.
Wybuch­nie.
Nie wytrzy­mie, panie.

Jak mrów­ków,
jak grzy­bów po desz­czu,
jak­by ich kto nasiał, nasrał.
Full.

Po hory­zont,
ile wle­zie,
jak śle­dzi w becz­ce,
tłum jak na odpu­ście.

Depre­sja.

I depre­sja, i depre­sja.
Noż, za prze­pro­sze­niem, k u r w a.

Jak kraj dłu­gi i sze­ro­ki,
ile dusza zapra­gnie,
wzdłuż i wszerz,
gdzie nie splu­niesz, panie,
gdzie nie rzu­cisz okiem.

Taka i owa­ka.
Byle była, byle­ja­ka.

Wszę­dzie, panie, ktoś
zdy­cha, kwi­czy,
wycią­ga kopy­ta.

Psy­cho­lo­gów jak roba­ków.
Jak psów. I co? Gów­no.

Dżu­ma. Pla­ga.

I nie ma
na te kur­we bata?