MAGDA

Man­son, Dah­mer, Sobh­raj.
Nie­zła trój­ca.

Wyso­ko­pro­cen­to­wy desty­lat dla mas.
Eks­trakt pra­wie dosko­na­ły.

Ale Mag­da…

Kry­sta­licz­na jest
tyl­ko ona.

Ona jed­na jest czy­sta.
Nie zawie­ra żad­nej zbęd­nej
domiesz­ki.

Mag­da jest bez­kon­ku­ren­cyj­na.

Mag­da jest jak Wil­czy Sza­niec
albo Füh­rer­bun­ker, ostat­ni bastion
Tysiąc­let­niej Rze­szy.

Nie do prze­bi­cia.
Nie­znisz­czal­na.

Nawet sze­ścio­ro dzie­ci
nie naru­szy­ło jej kon­struk­cji,
nie zmu­si­ło do kapi­tu­la­cji.

Jest tak nie­pod­le­gła instynk­to­wi,
lito­ści, pra­wu, sumie­niu,
że aż posą­go­wa.

Może dla­te­go wła­śnie
nie sta­ła się jesz­cze
popkul­tu­ro­wą iko­ną.

Panią zer­ka­ją­cą dwu­znacz­nie
z pla­ka­tu, ekra­nu,
powszech­nie roz­po­zna­wal­ną
nazi­stow­ską seks­bom­bą.

Zło­wiesz­czą pierw­szą damą zbrod­ni,
wodzą­cą na poku­sze­nie kino­ma­nów,
nama­wia­ją­cą kobie­ty, męż­czyzn,
dzie­ci
do odby­cia z nią
per­wer­syj­ne­go sean­su.

Jest jed­nak zbyt atrak­cyj­na,
by dłu­go jesz­cze
mia­ła pozo­stać
nie­skon­su­mo­wa­na.

Jest nie­zwy­kle koszer­na,
nie­ludz­ka w naj­wyż­szej mie­rze,
ale mimo to,
a może wła­śnie dla­te­go,
cze­ka ją nie­by­wa­ła karie­ra.

Pięk­na, fana­tycz­na,
sze­ścio­krot­na dzie­cio­bój­czy­ni.
To nie może nie wypalić.