NIBY

Mam jakie­goś chło­pa; dom.
Niby mam.
Sar­ny rano przy­cho­dzą pod
moje okno. I patrzą.
Sio­strzycz­ki.

Wycho­wa­łam się na wsi, więc wiesz.
Kocham konie, są takie
mądre,
pia­sek, wodę.

Wrzo­sy, jabło­nie.
Las. Pola. Otwar­te prze­strze­nie.

Ale co mi po tym
wszyst­kim.

Sko­ro nie mam już jego.

Mat­ka nie powin­na żyć dłu­żej
niż jej dziec­ko.

Wiem, gdzie
tra­fią wszyst­kie bibe­lo­ty,
pamiąt­ki.

Zdję­cia, fil­mi­ki,
jego książ­ki, rysun­ki, laur­ki.
Moje musz­le, ike­ba­ny.

Na śmiet­nik albo
do skle­pu z gra­ta­mi.
W naj­lep­szym razie do obcych
domów.

Nikt nicze­go
nie odzie­dzi­czy,
nicze­go nikt.

Nikt.

Rozu­miesz?

Wiesz, co to znaczy?