KURRU

Na wła­sny uży­tek
nazy­wam ich Kur­ru.

Ludem pochy­lo­nym nad umar­ły­mi.
Spo­łecz­no­ścią cichych wskrze­si­cie­li.

Kur­ru.

Brzmi suro­wo.
Głu­cho.
Uro­czy­ście.
Pier­wot­nie.

Byli pół­ko­czow­ni­ka­mi.
Zwy­kły­mi ryba­ka­mi.
Zasie­dla­li wąski pas zie­mi,
wiją­cy się mię­dzy oce­anem,
góra­mi i pusty­nią.

Prze­trwa­li czte­ry tysiąc­le­cia
w sło­nej, kamien­nej, ogni­stej
prze­strze­ni.
W prze­strze­ni życio­daj­nej
i tok­sycz­nej.
Obfi­tu­ją­cej w ryby,
sko­ru­pia­ki, ssa­ki mor­skie.
I arsen.

Nie zna­li pisma i koła.
Cera­mi­ki, meta­li, walu­ty.
Nie stwo­rzy­li pań­stwa.
Nie mie­li wład­ców.
Nie posia­da­li kasty kapła­nów
ani spo­łecz­nej eli­ty.
Nie dys­po­no­wa­li
zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ną reli­gią.
Nie two­rzy­li tote­mów, ido­li.
Nie upra­wia­li zie­mi.
Nie wzno­si­li
trwa­łych budow­li.

Żyli w małych,
kil­ku­na­sto­oso­bo­wych gru­pach.
Miesz­ka­li w pro­stych cha­tach.
Wszyst­kie waż­ne decy­zje podej­mo­wa­li
wspól­nie.
W razie potrze­by
wymie­nia­li się dara­mi.

Po pro­stu żyli.

Łowi­li ryby.

I mumi­fi­ko­wa­li swo­ich zmar­łych.

Wszyst­kich.

Pozo­sta­wi­li po sobie gro­to­strza­ły,
ostrza z krze­mie­nia i obsy­dia­nu,
haczy­ki rybac­kie z kol­ców kak­tu­sa,
kamien­ne obciąż­ni­ki do sie­ci.

Skó­rza­ne bukła­ki, kosze z roślin­nych
włó­kien, pojem­ni­ki i amu­le­ty
z musz­li.

Strzę­py tka­nin.
Reszt­ki sza­ła­sów.
Śla­dy ognisk.

Śla­dy barw­ni­ków
do malo­wa­nia mumii.

I mumie.

Czar­ne, czer­wo­ne,
opa­ko­wa­ne.

Usta­wia­li je w domach.
Zapew­ne byli z nimi
w dobrych rela­cjach.

Musie­li być.
Żyli w trud­nych warun­kach.
Mie­li tyl­ko sie­bie
i zre­kon­stru­owa­nych
zmar­łych.

Musie­li trzy­mać się razem.



Kur­ru.
Lud rytu­ału.