OBOK

Ja. Przy­pa­dek kli­nicz­ny. Dyso­cja­cyj­ny.

Wie­lo­oso­bo­wa gra do poje­dyn­czej bram­ki,
legion gra­czy, sku­pio­nych przy małej plan­szy,
płasz­czy­zna świa­do­mo­ści z dziu­ra­mi na per­so­ny.

Mil­li­gan nie był nikim wyjąt­ko­wym.

Był sym­bo­lem, nor­mal­nym eve­ry­ma­nem,
roz­sz­cze­pio­nym czło­wie­kiem samym w sobie,
mode­lo­wym obra­zem typo­wej jaź­ni.

Mam dwa­dzie­ścia sześć twa­rzy.
O dwie wię­cej niż Bil­ly.

*

Dzień dobry, jestem.

Ody­se­uszem i Euma­jo­sem.
Rolan­dem i Oli­vie­rem.
Robi­nem i Joh­nem.
Halem i Fal­staf­fem.
Kicho­tem i San­chem.
Robin­so­nem i Pię­tasz­kiem.
Izma­elem i Queequ­egiem.
Sawe­rem i Fin­nem.
Hol­me­sem i Wat­so­nem.
Kurt­zem i Arle­ki­nem.
Fro­dem i Samem.
Synem i ojcem.
Poetą i tobą.

Docho­wu­ję wier­no­ści, wal­czę z nie­wier­ny­mi,
roz­da­ję gar­ścia­mi, uży­nam się w tru­pa,
szla­chet­nie sza­le­ję, radzę sobie,
kon­tem­plu­ję zło, pła­tam figle,
szu­kam praw­dy, two­rzę kosz­ma­ry,
zba­wiam świat, jestem bez­rad­ny.

Piszę.

Boha­ter­skie cie­nie, któ­re rzu­cam za sie­bie,
uczą mnie poko­ry.
Nie muszę być pierw­szo­pla­no­wy.

Mogę sta­nąć obok.
Wes­przeć, pomóc.

Podać rękę, kubek wody.